|
TEN DZIEŃ
Ten dzień nie zapowiadał się niczym szczególnym, no
może tylko tym, że właśnie dzisiaj rozpoczynał się mój zasłużony
urlop.
Jedziemy
do Gdańska - decyzja podjęta miesiąc wcześniej wydawała mi się całkiem
rozsądnym rozwiązaniem, patrząc na braki w finansach oraz fakt, że jest
tam morze i rodzina, która z niecierpliwością oczekiwała naszego
przyjazdu.
Nie
wracałem myślami do wczorajszego dnia, kiedy to zrobiłem ważny dla
mojego życia krok i zadałem pytanie, na które otrzymałem bardzo szybką
i wyczerpującą odpowiedź.
-
Tato - niecierpliwość Madzi biła wszelkie rekordy - no kiedy będzie to
morze. Jej po raz dziesiąty zadawane pytanie nie napawało optymizmem,
nasza droga z Lublina dopiero się rozpoczęła. Ale czego można oczekiwać
od pięciolatka, który wyjeżdża z „nudnego” miasta aby zażywać kąpieli
nie tylko słonecznych.
-
Mówiłem ci przecież, że mamy jeszcze około 450 km i jeśli chcesz ją
przyspieszyć to możesz sobie pospać - miałem wielką nadzieję,
że tak się właśnie stanie i nie będę musiał w czasie jazdy skupiać
mojej uwagi na zadającym bardzo dużo pytań brzdącu.
Ruch
na drodze nie był duży zważywszy, iż rozpoczęliśmy
jazdę w poniedziałek o 10 rano, a pogoda mało optymistycznie
nastrajała do dłuższej podróży. Było pochmurnie.
W tych warunkach - ja i
dziecko w samochodzie - dawało poczucie względnego bezpieczeństwa, ... no
chociaż nie będzie narzekała, że jest jej gorąco.
W
myślach układałem plan zajęć na dwa tygodnie naszego wspólnego urlopu,
chociaż tak naprawdę to swobodę działania miałem tylko w pierwszym. Już
w niedzielę mieliśmy być na
obozie w Ostródzie. ...dzisiaj
jedziemy do cioci Basi, będziemy tam około 17, jutro plaża i zwiedzanie,
pojutrze - plaża i ZOO, w środę - plaża i ... ach ta mała plażowiczka,
ustawiła cały wyjazd.
Nie
opuszczało mnie pewnego rodzaju zaniepokojenie, jak sobie poradzę sam z
dzieckiem. Nigdy nie zostawałem z nią tak długo sam, przecież będę
musiał pilnować ją bez przerwy, czy dam radę?
-
Ale szybko pojechał - Madzia z
zainteresowaniem patrzyła na samochody, które co jakiś czas nas wyprzedzały.
-
A może będziesz liczyła krówki - zapytałem, licząc na to, że ją to
zmęczy i zaśnie.
-
Po co? - szczerość i natychmiastowa reakcja na moje pytanie zaskoczyły
mnie.
-
No, będziemy się uczyli liczyć - próbowałem się ratować -
umiesz dobrze liczyć do dziesięciu, to może nauczymy się do stu.
Co ty na to?
-
Liczyć krowy? Po co?
-
Jeśli nie chcesz, to w woreczku są kredki, blok i możesz sobie porysować
- powiedziałem - i proszę nie zadawaj pytania po co? Dobrze?
-
No dobra - wydawało mi się, że wygrałem -
ale i tak nie będę spała. Robienie na przekór każdej mojej
propozycji sprawiało jej chyba przyjemność.
Zastanawiałem
się jak długo, moja mała kobietka będzie zajęta sobą i da mi spokojnie
prowadzić. Chociaż nigdy nie przywiązywałem większej wagi do sposobu
prowadzenia samochodu, dzisiaj jechało mi się nadzwyczaj dobrze.
Spokojnie, ustaloną prędkością i bez szarpania, które czasami powoduje
żywsze bicie serca. Niektórzy twierdzą, że jeżdżę pewnie ale trochę
zbyt szybko i chyba mają rację. Ale dzisiaj nie mogłem jechać
ryzykownie, nie z małą podróżniczką, która powierzona mojej opiece bez
najmniejszego zadrapania musi wrócić
do domu.
-
Tato, a czy jak dojedziemy do Gdańska, to pójdziemy na plażę? - zapytała.
-
Nie, na pewno nie dzisiaj. Co ten osioł wyprawia ? - ciemnozielony Mercedes
próbował nas wyprzedzać na podwójnej ciągłej.
-
Jaki osioł ? - Madzia podłapała temat.
-
Ojej, no ten z lewej strony, co próbuje nas wyprzedzić - zaczynałem się
irytować - a ty nie miałaś rysować ?
-
Osioł, osioł, osioł - nie poddawała się. No nie, jeszcze tego brakowało,
żeby zaczęła przedrzeźniać kierowców z wyprzedzających nas samochodów.
Wstyd.
-
Magda, spokój - mój głos pewny i nie znoszący sprzeciwu - zadziałał. Usiadła spokojnie i ponownie zaczęła rysować.
Zawsze
wioząc kogoś, jeździłem wolniej. Czułem wewnętrzną potrzebę zadbania
o kogoś kto siedzi obok i chociaż nie zawsze moja ostrożność była przez pasażerów zauważana, ja byłem spokojniejszy.
Bardzo mi zależało na tym, aby nie zrobić krzywdy komuś kto nie może w
danej chwili decydować. Nie może nawet wpłynąć na moje decyzje za
kierownicą. Zawsze będę pamiętał słowa dziadka Michała, który kiedyś
powiedział mi „... wnuczku, pamiętaj. Najważniejsze w życiu jest to,
żeby nikt przez ciebie nie płakał”.
Te słowa zawsze bardzo wiele dla mnie znaczyły.
Magda
wydawała się być znudzona .
-
O, Warszawa - przeczytała na znaku drogowym - a kiedy będzie Gdańsk?
-
Jeszcze troszeczkę, Madziu - odparłem - jak chcesz to zatrzymamy się w
Mc’Donaldzie. Co wybierasz do jedzenia?
-
No, zestaw dziecięcy, a co innego jest dla dzieci?
-
Niedługo nie będzie nic, mądralo, jak będziesz się tak zachowywała -
odparłem.
Całe
szczęście Magda nie próbowała kontynuować tej rozmowy.
-
Tato? Mogę się położyć. Chce mi się spać - zapytała.
-
No pewnie, tylko jak się już odepniesz z pasów, cały czas musisz leżeć.
Dobrze? - zawsze w takiej sytuacji widziałem dzieci, które stały między
siedzeniami w samochodach swoich rodziców. Uśmiechnięte, zadowolone, nieświadome
niczego i rodzice nie
zastanawiający się nad konsekwencjami silnego hamowania, bądź
jakiegokolwiek uderzenia w ich auto.
Zacząłem
się zastanawiać czym tak naprawdę jest życie, dla każdego z nas. Dla
mnie, dla Magdy, dla wszystkich moich bliskich, niby inne a jakby podobne.
Codzienność - praca, przedszkole, dom, jakaś impreza raz w tygodniu,
wakacje i czas zaczyna coraz szybciej płynąć.
Idziesz przez nie i robisz to co inni.
Ktoś
kiedyś powiedział, że nasze życie jest jak marsz po polu minowym, nigdy
nie widziałem takiego pola, ale przecież można je sobie wyobrazić. Na
początku nie jesteś świadomy, że stąpasz po czymś takim - jesteś
dzieckiem - czas spokoju, nieświadomości i super, oby jak najdłużej. Ale
dorastasz, zaczynasz rozumieć coraz więcej. Dlaczego tutaj jest tyle dołów,
a dlaczego leżą tutaj zbielałe kości - pytasz, a im jesteś starszy tym
coraz więcej pytań zaczynasz zadawać. Dlaczego tata zabrał mi zabawkę,
dlaczego jestem chory, dlaczego mam mniej niż inni, dlaczego nie dostałem
się na studia? Dlaczego?
Przecież
idę po polu minowym! Nic nie może być proste.
Zaczynasz
rozumieć, że coś jest nie tak. Inni mówią, takie jest życie, ale czy
na pewno? Zaczynasz iść po tym polu krok za krokiem.
Cichy zgrzyt pod butem. Zamierasz w bezruchu, ale nie - to tylko
kamień. Uspokojony idziesz dalej. Nagle, potykasz się i upadasz. Strach.
Ale nie, to jeszcze nie koniec, podnosisz się idziesz dalej. Coraz częściej
zastanawiasz się czy wejdziesz na jakąś minę czy nie. Czy ci się uda.
Strach.
-
BUUUMMMMM - urwało mi nogę. Leżę i zastanawiam się czy dam radę się
podnieść. No, ale co tak będę tutaj sam leżał, kuśtykam dalej.
Przecież muszę jakoś żyć, no nie? No to co, że żona mnie rzuciła,
przecież mam dla kogo żyć, idę dalej.
Krok
za krokiem, z nakreślonym celem, który chyba da mi szczęście. Ale czy na
pewno?
No,
na reszcie Gdańsk, ale czy jak zwykle musi padać. Pamiętałem wjazd w
deszczu w ubiegłym roku. Ohyda.
-
No cześć ciociu, już dojeżdżamy - komórka to jednak fajna rzecz - jak
dobrze pójdzie to będziemy u was za jakieś pół godziny. No oczywiście,
Madzia jest ze mną, śpi. No to na razie, do zobaczenia.
Zawsze
lubiłem rozmawiać przez telefony komórkowe. Szybko, zwięźle i na temat,
bez bzdurnego paplania - przecież to kosztuje. Deszcz zaczynał lać.
Wycieraczki na najwyższych obrotach nie nadążały zbierać wodę. W
oddali usłyszałem sygnał samochodu alarmowego.
-
Straż, pogotowie czy policja? - zastanawiałem się.
-
O, moja królewna się obudziła, a wiesz Madziu, że jesteśmy już w Gdańsku,
przespałaś całą drogę z Warszawy. Już niedługo będziemy u cioci Basi
i wujka Ryśka - powiedziałem, chociaż patrząc przed
siebie nie byłem wcale tego taki pewny.
-
Chyba jakiś wypadek - minęły nas równocześnie dwa samochody - straż i
policja. Chyba trochę postoimy.
-
Ale fajnie pada - Magda była wyraźnie zainteresowana tym co się dzieje za
oknem - to chyba dzisiaj nie pójdziemy na plażę.
-
No raczej nie, ale jutro jak będzie słoneczko, leżymy bykiem cały dzień.
Zgoda? - zapytałem.
- No pewnie. Ale, dlaczego nie pojechaliśmy do
Mc’Donalda, przecież w Warszawie mieliśmy pojechać? - zapytała.
Ale
pamięć, wiele rzeczy mogła zapomnieć, ale nie to.
No to mi się dostanie - pomyślałem.
-
No tak Madziu, ale spałaś i nie chciałem cię budzić - odpowiedziałem -
a i tak, nie ominie cię ta słodycz, bo jutro jadąc na plażę możemy wstąpić
do Mc’Donalda. Może być?
-
Może, ale jakbym jutro zasnęła, to musisz mnie obudzić - słowo musisz
podkreśliła szczególnie mocno.
-
Co tam się dzieje? Tyle czasu nie mogą puścić samochodów - zaczynałem
się niecierpliwić. Jechaliśmy już 45 minut trasą, którą w normalnych
warunkach można było pokonać w 15. No ale dzisiejsza ulewa, nie była
deszczykiem.
-
Tato, daj mi bułkę, chce mi się jeść - powiedziała.
-
Nie poczekasz do obiadu? Ciocia na pewno już przygotowała dla ciebie coś
ekstra - odpowiedziałem.
-
Nie - skończyła rozmowę.
Patrzyłem
jak mijają nas następne dwa samochody straży pożarnej.
Chyba
duży ten wypadek - pomyślałem. Zaczynałem głodnieć a i Magda lada
moment mogła sobie przypomnieć, że dawno nie była w ubikacji. Ciężka
sytuacja, nawet wyjść z samochodu nie można bo cały czas samochody
przesuwały się do przodu.
-
O chyba coś ruszyło - pomyślałem, widząc dwa samochody jadące z
przeciwnego kierunku.
Magda
wyraźnie nie zainteresowana już tym co się dzieje na zewnątrz, zajadała
bułkę krusząc przy tym na wszelkie możliwe sposoby.
-
No to co, że wczoraj posprzątałem samochód - pomyślałem dumny z tego
do jakiego stanu doprowadziłem go w sobotę. Nowy nie wyglądał tak
czysto. A niech tam.
Czas
posuwał się bardzo powoli, tak jak i samochody w korku.
-
Ale numer - to co zobaczyłem, dojeżdżając do domniemanego wypadku
zaskoczyło mnie. Sprawcą gigantycznego korka nie był wypadek samochodowy,
lecz gigantyczne jezioro, które powstało w najniższym punkcie Traktu Św.
Wojciecha. Pech chciał, że było to dokładnie na skrzyżowaniu z drogą w
którą miałem skręcać aby dojechać do celu naszej podróży.
Woda
miała kolor błota i płynęła na całej szerokości ulicy z niesamowitą
prędkością. Pośrodku zobaczyłem samochód, który o własnych siłach
nie był wstanie wyjechać, musiał mieć zalany silnik. Ale nie było w tym
nic dziwnego, gdyż woda przykryła mu już lusterka boczne.
Zastanawiałem się jak objechać to bajoro, ale nie miałem pomysłu,
wiedziałem niestety jak poruszać się po Trójmieście tylko głównymi
drogami. Wszystko na około było zalane.
-
Nawet komórki nie działają - powiedziałem do Madzi, po dziesiątej
odrzuconej próbie połączenia się z ciocią - pewnie sieć jest strasznie
obciążona.
-
Co robić? Nie mogę przecież tkwić w samochodzie z dzieckiem w nieskończoność
a zawracanie i jazda do centrum, też nie należało do dobrych pomysłów.
Przecież tam też są miejsca położone niżej i mogą być zalane.
Zrozumiałem
skąd jechali kierowcy, którzy nas mijali. Oni po prostu dojeżdżając do
miejsca w którym byliśmy i widząc co się dzieje zawracali.
Deszcz
ciągle padał i chmury na niebie - szare i posępne nie wskazywały, że w
niedługim czasie ustanie.
-
Zostawiam samochód na przystanku, po drugiej stronie, Magda w płaszcz
przeciwdeszczowy i kalosze, torba, plecak, parasolka - wszystko jak błyskawica
przeleciało przez moją głowę. Co innego mogę zrobić skoro do
mieszkania cioci i wujka zostało około 200 metrów, głupotą byłoby
siedzieć i czekać. Odstawiam Magdę do nich, coś zjemy i wracam do
samochodu. Sam to mogę w nim zostać nawet do rana, a później coś się
wymyśli - plan był i jak mi się wydawało był jedynym możliwym do
zrealizowania.
-
Madzia przebieramy się - szybka decyzja i nie dyskutująca Magda to było
coś dziwnego. Nie wiedziałem skąd ale miałem pewność, że robię
dobrze.
No
to w drogę. Samochód pozamykany, wszystko co potrzebne wzięliśmy.
-
Madziu weź parasolkę sama, ja i tak zmoknę. Nie chcę żebyś ty się
przemoczyła, dobrze? - zapytałem.
-
Dobrze tatusiu - słowo tatusiu wyraźnie mnie uspokoiło, ale było w nim również
coś lepszego, podziałało na mnie jak doping. Przede wszystkim dziecko a
reszta potem. Teraz mogłem zanieść ją choćby na rękach.
Niesamowite
jak długo deszcz jest w stanie padać tak intensywnie, ale może w Gdańsku
to normalne, blisko morza i pogoda zmienia się znacznie częściej. Nie to
nie mogło być normalne. Obraz, który zobaczyliśmy dochodząc za róg
budynku był niesamowity.
Ulica,
która wiodła na Górną Orunię była niczym innym jak rwącym potokiem,
żółtej, brudnej i specyficznie śmierdzącej wody. Jej nurt był bardzo
rwący i szybko zdałem sobie sprawę, że sam obciążony bagażem
nie przejdę z dzieckiem na rękach. Przewrócenie się w tej wodzie
byłoby dla nas katastrofą.
Zobaczyłem
samochód Renault Laguna, który stojąc na wysokości przejścia dla
pieszych, niczym łódź próbował podjechać parę metrów wyżej. Nagle
silnik przestał pracować. Kierowca wyraźnie zaskoczony próbował
kilkakrotnie go uruchomić, po czym otworzył drzwi i wysiadł na zewnątrz.
Woda, która do tej pory płynęła na około samochodu, z wyraźnym impetem
wypełniła jego wnętrze. Jak przypuszczałem, minimum po kostki.
Deszcz
nie ustawał.
-
Panowie pomóżcie - moja prośba była skierowana do trzech mężczyzn, którzy
pomagali ludziom przechodzić na drugą stronę jezdni-rzeki. Robili to
bardzo sprawnie i widać było, że dobrze sobie radzą. Jeden z nich w
wodzie po kolana trzymał się balustrady mostku, która w tej chwili
pokazywała gdzie ten mostek rzeczywiście się znajduje.
Szybkim
ruchem zdezorientowana Madzia poszła na ręce dużego barczystego mężczyzny,
który kilkoma krokami pokonał główny nurt i postawił ją na chodniku po
drugiej stronie. Poszedłem w ich ślady. Nurt rzeczywiście był bardzo
szybki i nie czułem się w tym potoku zbyt pewnie ale po kilku krokach byliśmy
z Madzią znowu razem.
Ulica,
która na dole rozwidlała się na dwie strony, tworzyła bardzo ciekawy
efekt dla wody, która płynąc z góry na dole także powinna się
rozdzielać. Ale nie, woda
znalazła sobie ciekawsze ujście, płynąc impetem z góry, płynęła
prosto, przelewając się przez balustradę i z wysokości około trzech
metrów spadała kaskadą do małego jeziorka. Z nad niego wyłaniały się
domy w oknach, których zobaczyłem ludzi. Pełni napięcia i przerażenia
patrzyli na to, co jeszcze godzinę temu nazywali ulicą. Ulicę, która była
ich codziennością. Nie mogli przypuszczać, że spotka ich coś takiego, i
że nikt nie będzie mógł dla nich powstrzymać tego żywiołu.
Rozejrzałem
się wokoło. Spojrzałem na śmieciarkę, która na ostrym łuku stała w
poprzek jezdni i blokowała całą ulicę. Można było przejść tylko obok
niej ale tam woda płynęła z taką zawrotną prędkością, że widziałem
ludzi, którzy przewracali się pod jej naporem. Z lewej strony wydawało się,
że jest spokojnie ale miałem przeczucie, że dojść mogę tylko środkiem,
pomiędzy domami.
-
A właściwie po co my ją dźwigamy i tak jesteśmy cali mokrzy. No nie? -
zapytałem Madzię o sens ciągnięcia z nami parasolki. Ale nie doczekałem
się odpowiedzi. Pokazała mi natomiast inną porzuconą przez kogoś
kolorową parasolkę w bardzo dziwne wzory.
-
Fajna była - stwierdziłem.
-
Dobra, idziemy tędy - postanowiłem. Nie wiedziałem dlaczego, ale byłem
pewny, że ta droga doprowadzi nas bezpiecznie do celu.
Weszliśmy
między trzykondygnacyjne bloki, które do tej pory zasłaniały nam cały
widok, ale tam nie było lepiej. Woda płynęła różnymi korytami, po
trawie, żłobiąc sobie w miękkiej ziemi, płynęła także po chodnikach.
Nurt był bardzo szybki. Przy jednym z domów stał samochód, z którego
ponad wodę wystawał tylko dach. Ludzie, których przy moście było bardzo
dużo gdzieś się podziali, za nami szła tylko jedna pani w średnim
wieku.
-
Czy tędy dojdziemy na ulicę Raduńską - zapytałem.
-
Proszę pana, nie wiem. Ja nie jestem stąd - odpowiedziała z wielkim
trudem. Widziałem, że była bardzo zmęczona i z trudem łapała oddech.
-
Nic pani nie jest? - zapytałem.
-
Nie, nie, wszystko w porządku. Tylko nie wiem, którędy mam iść -
odpowiedziała.
-
My też - odpowiedziałem,
chociaż nie bardzo wiedziałem po co. I tak ani jej, ani nam to nie mogło
pomóc.
Musimy
iść. To będzie gdzieś przed tamtymi blokami, które w oddali określały
punkt odniesienia. W tej chwili byłem wdzięczny naturze, że dała mi
doskonałą orientację w terenie. Nie tyczyło się to lasu, bo tam
wszystko wyglądało dla mnie identycznie, i gubiłem się praktycznie za każdym
razem. Ale w mieście nigdy nie mogłem pomylić drogi.
Pamiętam,
jak kiedyś będąc pierwszy raz w życiu we Lwowie, byłem zmuszony wyjechać
z niego o północy na trasę wiodącą do granicy. Wyjechałem jakbym znał
to miasto od dawna - ani razu nie zabłądziłem. Wyjechałem za pierwszym
razem.
A
co teraz - pomyślałem. Przez myśl mi przemknęło - dlaczego ludzie tędy
nie idą, może tędy nie da się przejść? Nie - wewnętrzny głos
odpowiedział za mnie. Idziemy tędy i przejdziemy. Pewność siebie wróciła.
Wziąłem
Magdę na ręce i rozpoczęliśmy marsz przez trawnik, potem przez ogródek.
Ziemia była bardzo miękka i gdyby nie duża trawa mogłaby się zapadać.
Cały czas czułem nieprzyjemny odór wody.
-
Nie przejdziecie tamtędy koło ogrodzenia, ziemia się zapada po kolana -
jakiś mężczyzna idący w naszym kierunku bardzo szybko potwierdził moje
przypuszczenia.
-
To nic, spróbujemy przez tą dużą trawę - odpowiedziałem.
Zrobiłem
kilka kroków i nic się nie zapadło. Zacząłem iść bardziej
zdecydowanie. Nagle z trawy wyłonił się szeroki nurt. Noga za nogą wszedłem
do wody i stanąłem po kolana w wodzie. Była zimna.
Bardzo
dziwnie czułem się w tej śmierdzącej cieczy, która w każdej chwili mogła
nas powalić. Moje adidasy zdawały jednak egzamin i w duchu cieszyłem się,
że zrezygnowałem w dniu dzisiejszym z włożenia na nogi pantofli.
-
Niech pan uważa - czyjś głos za plecami mnie przestraszył.
Kobieta,
którą pytałem o drogę cały czas szła za nami.
Ruszyłem
do przodu i nic się nie działo, zacząłem więc brnąć coraz odważniej.
Czułem bardzo mocny uścisk Magdy - trzymała się mnie kurczowo. Po kilku
krokach byliśmy pod drugiej stronie. Jeszcze kilkanaście metrów po trawie
i dotarliśmy na twardą położoną wyżej drogę do której woda nie dotarła.
-
Jest dobrze - pomyślałem.
Dopiero
teraz zauważyłem, jak wielką wyrwę w jezdni zrobiła woda, i że obok w
tej wodzie leży Fiat 126, którego fala przewróciła na bok. Zdziwiłem się,
jak duży musiał być tutaj nurt, że przewrócił coś tak ciężkiego. I
nie wiadomo dlaczego, dopiero teraz to usłyszałem - samochody na sygnale i
krzyki ludzi. Zdziwiłem się bardzo, że nic nie docierało do mnie wcześniej.
Deszcz
ciągle padał
-
No jesteśmy na miejscu - powiedziałem do Madzi.
-
Tato, a nie będziemy już więcej przechodzili przez tą rzekę - zapytała.
Jej
pytanie tak mnie rozbawiło, że zacząłem się śmiać. Ale szybko przestałem.
Spojrzałem na jej twarz - ona się bała.
-
Nie kochanie, już nie będziemy przechodzili przez tą rzekę. Ale wiesz to
nie była rzeka, to była ulica - odpowiedziałem i przytuliłem ją bardzo
mocno.
-
Już wszystko w porządku. Popatrz na ten blok, tutaj mieszka ciocia z
wujkiem. Już jesteśmy na miejscu - pragnąłem, żeby zaczęła myśleć o
czymś innym.
Jak
się później okazało ciocia kilkakrotnie próbowała przejść do nas,
ale za żadnym razem jej się to nie udało. Próbowała dostać się na
Trakt Św. Wojciecha z różnych stron, ale nie była w stanie sama pokonać
wody, która zwalała z nóg dorosłych ludzi. Później się dowiedziałem,
że przeszliśmy jedyną drogą, którą można było przejść w tym
czasie.
W
komplecie i bez strat dotarliśmy do celu naszej podróży.
To
co się wydarzyło nie dotarło do mnie natychmiast, ale dopiero następnego
dnia około godziny czwartej rano, kiedy obudziłem się i aż usiadłem z
wrażenia. Dzień przed wyjazdem przyjąłem chrzest i zapytałem Pana
mojego, Jezusa Chrystusa. I co dalej? Odpowiedź
otrzymałem bardzo szybko.
Ja,
który w dzieciństwie bałem się ciemnej piwnicy. Ja, który miałem
problemy z podejmowaniem decyzji, tego dnia, kiedy w Gdańsku byliśmy razem
z Madzią uczestnikami powodzi - nie bałem się. Miałem pewność we
wszystkim co robiłem tego dnia i czułem to, czego nigdy jeszcze w moim życiu
nie doświadczyłem -
miłość Boga do mnie.
Ta
wielka, bezgraniczna miłość pomogła mi przejść przez najgorsze chwile,
dała mi nadzieję na coś czego nie można kupić, zdobyć czy choćby ukraść
- na życie. Jak wielka musi być Boża miłość, skoro żeby odkupić
grzechy wszystkich ludzi i dać im możliwość życia wiecznego, oddał na
straszliwą śmierć swojego pierworodnego syna Jezusa Chrystusa.
Syna,
który był bez grzechu a został wydany na wielkie cierpienie za wszystkie
moje grzechy. Odkupił mnie i dał mi cudowną nadzieję. On ofiarował mi
nowe życie.
Ja
idąc przez tą wodę nie czułem żadnego lęku i wiedziałem dokąd mam iść,
bo On chciał mi pokazać, że mnie kocha i zawsze będzie mnie strzegł.
Czy
jest coś przyjemniejszego, jak mieć taką świadomość idąc po polu
minowym.
Teraz
mogę biec.
Opracował
Mariusz Marczewski
|