Subskrypcja Euromission Polska

Twój e-mail

dodaj usuń

TEN DZIEŃ

 

Ten dzień nie zapowiadał się niczym szczególnym, no może tylko tym, że właśnie dzisiaj rozpoczynał się mój zasłużony urlop.

Jedziemy do Gdańska - decyzja podjęta miesiąc wcześniej wydawała mi się całkiem rozsądnym rozwiązaniem, patrząc na braki w finansach oraz fakt, że jest tam morze i rodzina, która z niecierpliwością oczekiwała naszego przyjazdu.

Nie wracałem myślami do wczorajszego dnia, kiedy to zrobiłem ważny dla mojego życia krok i zadałem pytanie, na które otrzymałem bardzo szybką i wyczerpującą odpowiedź.

- Tato - niecierpliwość Madzi biła wszelkie rekordy - no kiedy będzie to morze. Jej po raz dziesiąty zadawane pytanie nie napawało optymizmem, nasza droga z Lublina dopiero się rozpoczęła. Ale czego można oczekiwać od pięciolatka, który wyjeżdża z „nudnego” miasta aby zażywać kąpieli nie tylko słonecznych.

- Mówiłem ci przecież, że mamy jeszcze około 450 km i jeśli chcesz ją  przyspieszyć to możesz sobie pospać - miałem wielką nadzieję, że tak się właśnie stanie i nie będę musiał w czasie jazdy skupiać mojej uwagi na zadającym bardzo dużo pytań  brzdącu.

Ruch na drodze nie był duży zważywszy, iż rozpoczęliśmy  jazdę w poniedziałek o 10 rano, a pogoda mało optymistycznie nastrajała do dłuższej podróży. Było pochmurnie.  W  tych warunkach - ja i dziecko w samochodzie - dawało poczucie względnego bezpieczeństwa, ... no chociaż nie będzie narzekała, że jest jej gorąco.

W myślach układałem plan zajęć na dwa tygodnie naszego wspólnego urlopu, chociaż tak naprawdę to swobodę działania miałem tylko w pierwszym. Już w niedzielę  mieliśmy być na obozie w Ostródzie.   ...dzisiaj jedziemy do cioci Basi, będziemy tam około 17, jutro plaża i zwiedzanie, pojutrze - plaża i ZOO, w środę - plaża i ... ach ta mała plażowiczka, ustawiła cały wyjazd. 

Nie opuszczało mnie pewnego rodzaju zaniepokojenie, jak sobie poradzę sam z dzieckiem. Nigdy nie zostawałem z nią tak długo sam, przecież będę musiał pilnować ją bez przerwy, czy dam radę?

- Ale szybko pojechał  - Madzia z zainteresowaniem patrzyła na samochody, które co jakiś czas nas wyprzedzały.

- A może będziesz liczyła krówki - zapytałem, licząc na to, że ją to zmęczy i zaśnie.

- Po co? - szczerość i natychmiastowa reakcja na moje pytanie zaskoczyły mnie.

- No, będziemy się uczyli liczyć - próbowałem się ratować -  umiesz dobrze liczyć do dziesięciu, to może nauczymy się do stu. Co ty na to?

- Liczyć krowy? Po co?

- Jeśli nie chcesz, to w woreczku są kredki, blok i możesz sobie porysować - powiedziałem - i proszę nie zadawaj pytania po co? Dobrze?

- No dobra - wydawało mi się, że wygrałem -  ale i tak nie będę spała. Robienie na przekór każdej mojej propozycji sprawiało jej chyba przyjemność.

Zastanawiałem się jak długo, moja mała kobietka będzie zajęta sobą i da mi spokojnie prowadzić. Chociaż nigdy nie przywiązywałem większej wagi do sposobu prowadzenia samochodu, dzisiaj jechało mi się nadzwyczaj dobrze. Spokojnie, ustaloną prędkością i bez szarpania, które czasami powoduje żywsze bicie serca. Niektórzy twierdzą, że jeżdżę pewnie ale trochę zbyt szybko i chyba mają rację. Ale dzisiaj nie mogłem jechać ryzykownie, nie z małą podróżniczką, która powierzona mojej opiece bez najmniejszego zadrapania musi  wrócić do domu.

- Tato, a czy jak dojedziemy do Gdańska, to pójdziemy na plażę? - zapytała.

- Nie, na pewno nie dzisiaj. Co ten osioł wyprawia ? - ciemnozielony Mercedes próbował nas wyprzedzać na podwójnej ciągłej.

- Jaki osioł ? - Madzia podłapała temat.

- Ojej, no ten z lewej strony, co próbuje nas wyprzedzić - zaczynałem się irytować - a ty nie miałaś rysować ?

- Osioł, osioł, osioł - nie poddawała się. No nie, jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła przedrzeźniać kierowców z wyprzedzających nas samochodów. Wstyd.

- Magda, spokój - mój głos pewny i nie znoszący sprzeciwu  - zadziałał. Usiadła spokojnie i ponownie zaczęła rysować.

Zawsze wioząc kogoś, jeździłem wolniej. Czułem wewnętrzną potrzebę zadbania o kogoś kto siedzi obok i chociaż nie zawsze moja ostrożność  była przez pasażerów zauważana, ja byłem spokojniejszy. Bardzo mi zależało na tym, aby nie zrobić krzywdy komuś kto nie może w danej chwili decydować. Nie może nawet wpłynąć na moje decyzje za kierownicą. Zawsze będę pamiętał słowa dziadka Michała, który kiedyś powiedział mi „... wnuczku, pamiętaj. Najważniejsze w życiu jest to, żeby nikt przez ciebie nie płakał”.  Te słowa zawsze bardzo wiele dla mnie znaczyły.

Magda wydawała się być znudzona .

- O, Warszawa - przeczytała na znaku drogowym - a kiedy będzie Gdańsk?

- Jeszcze troszeczkę, Madziu - odparłem - jak chcesz to zatrzymamy się w Mc’Donaldzie. Co wybierasz do jedzenia?

- No, zestaw dziecięcy, a co innego jest dla dzieci?

- Niedługo nie będzie nic, mądralo, jak będziesz się tak zachowywała - odparłem.

Całe szczęście Magda nie próbowała kontynuować tej rozmowy.

- Tato? Mogę się położyć. Chce mi się spać - zapytała.

- No pewnie, tylko jak się już odepniesz z pasów, cały czas musisz leżeć. Dobrze? - zawsze w takiej sytuacji widziałem dzieci, które stały między siedzeniami w samochodach swoich rodziców. Uśmiechnięte, zadowolone, nieświadome niczego i  rodzice nie zastanawiający się nad konsekwencjami silnego hamowania, bądź jakiegokolwiek uderzenia w ich auto.

Zacząłem się zastanawiać czym tak naprawdę jest życie, dla każdego z nas. Dla mnie, dla Magdy, dla wszystkich moich bliskich, niby inne a jakby podobne. Codzienność - praca, przedszkole, dom, jakaś impreza raz w tygodniu, wakacje i czas zaczyna coraz szybciej płynąć.  Idziesz przez nie i robisz to co inni.

Ktoś kiedyś powiedział, że nasze życie jest jak marsz po polu minowym, nigdy nie widziałem takiego pola, ale przecież można je sobie wyobrazić. Na początku nie jesteś świadomy, że stąpasz po czymś takim - jesteś dzieckiem - czas spokoju, nieświadomości i super, oby jak najdłużej. Ale dorastasz, zaczynasz rozumieć coraz więcej. Dlaczego tutaj jest tyle dołów, a dlaczego leżą tutaj zbielałe kości - pytasz, a im jesteś starszy tym coraz więcej pytań zaczynasz zadawać. Dlaczego tata zabrał mi zabawkę, dlaczego jestem chory, dlaczego mam mniej niż inni, dlaczego nie dostałem się na studia? Dlaczego?

Przecież idę po polu minowym! Nic nie może być proste.

Zaczynasz rozumieć, że coś jest nie tak. Inni mówią, takie jest życie, ale czy na pewno? Zaczynasz iść po tym polu krok za krokiem.  Cichy zgrzyt pod butem. Zamierasz w bezruchu, ale nie - to tylko kamień. Uspokojony idziesz dalej. Nagle, potykasz się i upadasz. Strach. Ale nie, to jeszcze nie koniec, podnosisz się idziesz dalej. Coraz częściej zastanawiasz się czy wejdziesz na jakąś minę czy nie. Czy ci się uda. Strach.

- BUUUMMMMM - urwało mi nogę. Leżę i zastanawiam się czy dam radę się podnieść. No, ale co tak będę tutaj sam leżał, kuśtykam dalej. Przecież muszę jakoś żyć, no nie? No to co, że żona mnie rzuciła, przecież mam dla kogo żyć, idę dalej.

Krok za krokiem, z nakreślonym celem, który chyba da mi szczęście. Ale czy na pewno?

No, na reszcie Gdańsk, ale czy jak zwykle musi padać. Pamiętałem wjazd w deszczu w ubiegłym roku. Ohyda.

- No cześć ciociu, już dojeżdżamy - komórka to jednak fajna rzecz - jak dobrze pójdzie to będziemy u was za jakieś pół godziny. No oczywiście, Madzia jest ze mną, śpi. No to na razie, do zobaczenia. 

Zawsze lubiłem rozmawiać przez telefony komórkowe. Szybko, zwięźle i na temat, bez bzdurnego paplania - przecież to kosztuje. Deszcz zaczynał lać. Wycieraczki na najwyższych obrotach nie nadążały zbierać wodę. W oddali usłyszałem sygnał samochodu alarmowego.

- Straż, pogotowie czy policja? - zastanawiałem się.

- O, moja królewna się obudziła, a wiesz Madziu, że jesteśmy już w Gdańsku, przespałaś całą drogę z Warszawy. Już niedługo będziemy u cioci Basi i wujka Ryśka - powiedziałem, chociaż patrząc przed  siebie nie byłem wcale tego taki pewny.

- Chyba jakiś wypadek - minęły nas równocześnie dwa samochody - straż i policja. Chyba trochę postoimy.

- Ale fajnie pada - Magda była wyraźnie zainteresowana tym co się dzieje za oknem - to chyba dzisiaj nie pójdziemy na plażę.

- No raczej nie, ale jutro jak będzie słoneczko, leżymy bykiem cały dzień. Zgoda? - zapytałem.

- No pewnie. Ale, dlaczego nie pojechaliśmy do Mc’Donalda, przecież w Warszawie mieliśmy pojechać? - zapytała.

Ale pamięć, wiele rzeczy mogła zapomnieć, ale nie to.  No to mi się dostanie - pomyślałem.

- No tak Madziu, ale spałaś i nie chciałem cię budzić - odpowiedziałem - a i tak, nie ominie cię ta słodycz, bo jutro jadąc na plażę możemy wstąpić do Mc’Donalda. Może być?

- Może, ale jakbym jutro zasnęła, to musisz mnie obudzić - słowo musisz podkreśliła szczególnie mocno.

- Co tam się dzieje? Tyle czasu nie mogą puścić samochodów - zaczynałem się niecierpliwić. Jechaliśmy już 45 minut trasą, którą w normalnych warunkach można było pokonać w 15. No ale dzisiejsza ulewa, nie była deszczykiem.

- Tato, daj mi bułkę, chce mi się jeść - powiedziała.

- Nie poczekasz do obiadu? Ciocia na pewno już przygotowała dla ciebie coś ekstra - odpowiedziałem.

- Nie - skończyła rozmowę. 

Patrzyłem jak mijają nas następne dwa samochody straży pożarnej.

Chyba duży ten wypadek - pomyślałem. Zaczynałem głodnieć a i Magda lada moment mogła sobie przypomnieć, że dawno nie była w ubikacji. Ciężka sytuacja, nawet wyjść z samochodu nie można bo cały czas samochody przesuwały się do przodu.

- O chyba coś ruszyło - pomyślałem, widząc dwa samochody jadące z przeciwnego kierunku.

Magda wyraźnie nie zainteresowana już tym co się dzieje na zewnątrz, zajadała bułkę krusząc przy tym na wszelkie możliwe sposoby.

- No to co, że wczoraj posprzątałem samochód - pomyślałem dumny z tego do jakiego stanu doprowadziłem go w sobotę. Nowy nie wyglądał tak czysto. A niech tam.

Czas posuwał się bardzo powoli, tak jak i samochody w korku.

- Ale numer - to co zobaczyłem, dojeżdżając do domniemanego wypadku zaskoczyło mnie. Sprawcą gigantycznego korka nie był wypadek samochodowy, lecz gigantyczne jezioro, które powstało w najniższym punkcie Traktu Św. Wojciecha. Pech chciał, że było to dokładnie na skrzyżowaniu z drogą w którą miałem skręcać aby dojechać do celu naszej podróży.

Woda miała kolor błota i płynęła na całej szerokości ulicy z niesamowitą  prędkością. Pośrodku zobaczyłem samochód, który o własnych siłach nie był wstanie wyjechać, musiał mieć zalany silnik. Ale nie było w tym nic dziwnego, gdyż woda przykryła mu już lusterka boczne.  Zastanawiałem się jak objechać to bajoro, ale nie miałem pomysłu, wiedziałem niestety jak poruszać się po Trójmieście tylko głównymi drogami. Wszystko na około było zalane.

- Nawet komórki nie działają - powiedziałem do Madzi, po dziesiątej odrzuconej próbie połączenia się z ciocią - pewnie sieć jest strasznie obciążona.

- Co robić? Nie mogę przecież tkwić w samochodzie z dzieckiem w nieskończoność a zawracanie i jazda do centrum, też nie należało do dobrych pomysłów. Przecież tam też są miejsca położone niżej i mogą być zalane.

Zrozumiałem skąd jechali kierowcy, którzy nas mijali. Oni po prostu dojeżdżając do miejsca w którym byliśmy i widząc co się dzieje zawracali.

Deszcz ciągle padał i chmury na niebie - szare i posępne nie wskazywały, że w niedługim czasie ustanie.

- Zostawiam samochód na przystanku, po drugiej stronie, Magda w płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze, torba, plecak, parasolka - wszystko jak błyskawica przeleciało przez moją głowę. Co innego mogę zrobić skoro do mieszkania cioci i wujka zostało około 200 metrów, głupotą byłoby siedzieć i czekać. Odstawiam Magdę do nich, coś zjemy i wracam do samochodu. Sam to mogę w nim zostać nawet do rana, a później coś się wymyśli - plan był i jak mi się wydawało był jedynym możliwym do zrealizowania.

- Madzia przebieramy się - szybka decyzja i nie dyskutująca Magda to było coś dziwnego. Nie wiedziałem skąd ale miałem pewność, że robię dobrze.

No to w drogę. Samochód pozamykany, wszystko co potrzebne wzięliśmy.

- Madziu weź parasolkę sama, ja i tak zmoknę. Nie chcę żebyś ty się przemoczyła, dobrze? - zapytałem.

- Dobrze tatusiu - słowo tatusiu wyraźnie mnie uspokoiło, ale było w nim również coś lepszego, podziałało na mnie jak doping. Przede wszystkim dziecko a reszta potem. Teraz mogłem zanieść ją choćby na rękach.

Niesamowite jak długo deszcz jest w stanie padać tak intensywnie, ale może w Gdańsku to normalne, blisko morza i pogoda zmienia się znacznie częściej. Nie to nie mogło być normalne. Obraz, który zobaczyliśmy dochodząc za róg budynku był niesamowity.

Ulica, która wiodła na Górną Orunię była niczym innym jak rwącym potokiem, żółtej, brudnej i specyficznie śmierdzącej wody. Jej nurt był bardzo rwący i szybko zdałem sobie sprawę, że sam obciążony bagażem  nie przejdę z dzieckiem na rękach. Przewrócenie się w tej wodzie byłoby dla nas katastrofą.

Zobaczyłem samochód Renault Laguna, który stojąc na wysokości przejścia dla pieszych, niczym łódź próbował podjechać parę metrów wyżej. Nagle silnik przestał pracować. Kierowca wyraźnie zaskoczony próbował kilkakrotnie go uruchomić, po czym otworzył drzwi i wysiadł na zewnątrz. Woda, która do tej pory płynęła na około samochodu, z wyraźnym impetem wypełniła jego wnętrze. Jak przypuszczałem, minimum po kostki.

Deszcz nie ustawał.

- Panowie pomóżcie - moja prośba była skierowana do trzech mężczyzn, którzy pomagali ludziom przechodzić na drugą stronę jezdni-rzeki. Robili to bardzo sprawnie i widać było, że dobrze sobie radzą. Jeden z nich w wodzie po kolana trzymał się balustrady mostku, która w tej chwili pokazywała gdzie ten mostek rzeczywiście się znajduje.

Szybkim ruchem zdezorientowana Madzia poszła na ręce dużego barczystego mężczyzny, który kilkoma krokami pokonał główny nurt i postawił ją na chodniku po drugiej stronie. Poszedłem w ich ślady. Nurt rzeczywiście był bardzo szybki i nie czułem się w tym potoku zbyt pewnie ale po kilku krokach byliśmy z Madzią znowu razem.

Ulica, która na dole rozwidlała się na dwie strony, tworzyła bardzo ciekawy efekt dla wody, która płynąc z góry na dole także powinna się rozdzielać.  Ale nie, woda znalazła sobie ciekawsze ujście, płynąc impetem z góry, płynęła prosto, przelewając się przez balustradę i z wysokości około trzech metrów spadała kaskadą do małego jeziorka. Z nad niego wyłaniały się domy w oknach, których zobaczyłem ludzi. Pełni napięcia i przerażenia patrzyli na to, co jeszcze godzinę temu nazywali ulicą. Ulicę, która była ich codziennością. Nie mogli przypuszczać, że spotka ich coś takiego, i  że nikt nie będzie mógł dla nich powstrzymać tego żywiołu.

Rozejrzałem się wokoło. Spojrzałem na śmieciarkę, która na ostrym łuku stała w poprzek jezdni i blokowała całą ulicę. Można było przejść tylko obok niej ale tam woda płynęła z taką zawrotną prędkością, że widziałem ludzi, którzy przewracali się pod jej naporem. Z lewej strony wydawało się, że jest spokojnie ale miałem przeczucie, że dojść mogę tylko środkiem, pomiędzy domami.

- A właściwie po co my ją dźwigamy i tak jesteśmy cali mokrzy. No nie? - zapytałem Madzię o sens ciągnięcia z nami parasolki. Ale nie doczekałem się odpowiedzi. Pokazała mi natomiast inną porzuconą przez kogoś kolorową parasolkę w bardzo dziwne wzory.

- Fajna była - stwierdziłem.

- Dobra, idziemy tędy - postanowiłem. Nie wiedziałem dlaczego, ale byłem pewny, że ta droga doprowadzi nas bezpiecznie do celu.

Weszliśmy między trzykondygnacyjne bloki, które do tej pory zasłaniały nam cały widok, ale tam nie było lepiej. Woda płynęła różnymi korytami, po trawie, żłobiąc sobie w miękkiej ziemi, płynęła także po chodnikach. Nurt był bardzo szybki. Przy jednym z domów stał samochód, z którego ponad wodę wystawał tylko dach. Ludzie, których przy moście było bardzo dużo gdzieś się podziali, za nami szła tylko jedna pani w średnim wieku.

- Czy tędy dojdziemy na ulicę Raduńską - zapytałem.

- Proszę pana, nie wiem. Ja nie jestem stąd - odpowiedziała z wielkim trudem. Widziałem, że była bardzo zmęczona i z trudem łapała oddech.

- Nic pani nie jest? - zapytałem.

- Nie, nie, wszystko w porządku. Tylko nie wiem, którędy mam iść - odpowiedziała.

- My też -  odpowiedziałem, chociaż nie bardzo wiedziałem po co. I tak ani jej, ani nam to nie mogło pomóc.

Musimy iść. To będzie gdzieś przed tamtymi blokami, które w oddali określały punkt odniesienia. W tej chwili byłem wdzięczny naturze, że dała mi doskonałą orientację w terenie. Nie tyczyło się to lasu, bo tam wszystko wyglądało dla mnie identycznie, i gubiłem się praktycznie za każdym razem. Ale w mieście nigdy nie mogłem pomylić drogi.

Pamiętam, jak kiedyś będąc pierwszy raz w życiu we Lwowie, byłem zmuszony wyjechać z niego o północy na trasę wiodącą do granicy. Wyjechałem jakbym znał to miasto od dawna - ani razu nie zabłądziłem. Wyjechałem za pierwszym razem.

A co teraz - pomyślałem. Przez myśl mi przemknęło - dlaczego ludzie tędy nie idą, może tędy nie da się przejść? Nie - wewnętrzny głos odpowiedział za mnie. Idziemy tędy i przejdziemy. Pewność siebie wróciła.

Wziąłem Magdę na ręce i rozpoczęliśmy marsz przez trawnik, potem przez ogródek. Ziemia była bardzo miękka i gdyby nie duża trawa mogłaby się zapadać. Cały czas czułem nieprzyjemny odór wody.

- Nie przejdziecie tamtędy koło ogrodzenia, ziemia się zapada po kolana - jakiś mężczyzna idący w naszym kierunku bardzo szybko potwierdził moje przypuszczenia.

- To nic, spróbujemy przez tą dużą trawę - odpowiedziałem.

Zrobiłem kilka kroków i nic się nie zapadło. Zacząłem iść bardziej zdecydowanie. Nagle z trawy wyłonił się szeroki nurt. Noga za nogą wszedłem do wody i stanąłem po kolana w wodzie. Była zimna.

Bardzo dziwnie czułem się w tej śmierdzącej cieczy, która w każdej chwili mogła nas powalić. Moje adidasy zdawały jednak egzamin i w duchu cieszyłem się, że zrezygnowałem w dniu dzisiejszym z włożenia na nogi pantofli.

- Niech pan uważa - czyjś głos za plecami mnie przestraszył.

Kobieta, którą pytałem o drogę cały czas szła za nami.

Ruszyłem do przodu i nic się nie działo, zacząłem więc brnąć coraz odważniej. Czułem bardzo mocny uścisk Magdy - trzymała się mnie kurczowo. Po kilku krokach byliśmy pod drugiej stronie. Jeszcze kilkanaście metrów po trawie i dotarliśmy na twardą położoną wyżej drogę do której woda nie dotarła.

- Jest dobrze - pomyślałem.

Dopiero teraz zauważyłem, jak wielką wyrwę w jezdni zrobiła woda, i że obok w tej wodzie leży Fiat 126, którego fala przewróciła na bok. Zdziwiłem się, jak duży musiał być tutaj nurt, że przewrócił coś tak ciężkiego. I nie wiadomo dlaczego, dopiero teraz to usłyszałem - samochody na sygnale i krzyki ludzi. Zdziwiłem się bardzo, że nic nie docierało do mnie wcześniej.

Deszcz ciągle padał

- No jesteśmy na miejscu - powiedziałem do Madzi.

- Tato, a nie będziemy już więcej przechodzili przez tą rzekę - zapytała.

Jej pytanie tak mnie rozbawiło, że zacząłem się śmiać. Ale szybko przestałem. Spojrzałem na jej twarz - ona się bała.

- Nie kochanie, już nie będziemy przechodzili przez tą rzekę. Ale wiesz to nie była rzeka, to była ulica - odpowiedziałem i przytuliłem ją bardzo mocno.

- Już wszystko w porządku. Popatrz na ten blok, tutaj mieszka ciocia z wujkiem. Już jesteśmy na miejscu - pragnąłem, żeby zaczęła myśleć o czymś innym.

Jak się później okazało ciocia kilkakrotnie próbowała przejść do nas, ale za żadnym razem jej się to nie udało. Próbowała dostać się na Trakt Św. Wojciecha z różnych stron, ale nie była w stanie sama pokonać wody, która zwalała z nóg dorosłych ludzi. Później się dowiedziałem, że przeszliśmy jedyną drogą, którą można było przejść w tym czasie.

W komplecie i bez strat dotarliśmy do celu naszej podróży.

To co się wydarzyło nie dotarło do mnie natychmiast, ale dopiero następnego dnia około godziny czwartej rano, kiedy obudziłem się i aż usiadłem z wrażenia. Dzień przed wyjazdem przyjąłem chrzest i zapytałem Pana mojego, Jezusa Chrystusa. I co dalej?  Odpowiedź otrzymałem bardzo szybko.

Ja, który w dzieciństwie bałem się ciemnej piwnicy. Ja, który miałem problemy z podejmowaniem decyzji, tego dnia, kiedy w Gdańsku byliśmy razem z Madzią uczestnikami powodzi - nie bałem się. Miałem pewność we wszystkim co robiłem tego dnia i czułem to, czego nigdy jeszcze w moim życiu nie doświadczyłem  -  miłość Boga do mnie.

Ta wielka, bezgraniczna miłość pomogła mi przejść przez najgorsze chwile, dała mi nadzieję na coś czego nie można kupić, zdobyć czy choćby ukraść - na życie. Jak wielka musi być Boża miłość, skoro żeby odkupić grzechy wszystkich ludzi i dać im możliwość życia wiecznego, oddał na straszliwą śmierć swojego pierworodnego syna Jezusa Chrystusa.

Syna, który był bez grzechu a został wydany na wielkie cierpienie za wszystkie moje grzechy. Odkupił mnie i dał mi cudowną nadzieję. On ofiarował mi nowe życie.

Ja idąc przez tą wodę nie czułem żadnego lęku i wiedziałem dokąd mam iść, bo On chciał mi pokazać, że mnie kocha i zawsze będzie mnie strzegł.

Czy jest coś przyjemniejszego, jak mieć taką świadomość idąc po polu minowym.

Teraz mogę biec.

 

Opracował Mariusz Marczewski

 


 


Artykuł
w formacie
Word'a 6.0

 

| Strona domowa | Wizja | Jak działamy | Historia | Michał i Małgorzata | Ewangelizacje |
| Czytelnia | Aktualności | Galeria | Adres | Jak mogę wspierać | Księga gości |