|
|
|
Paweł Smoluch WSPOMNIENIA BANDYTY
Przezwisko
„Smoluch” otrzymał Paweł, mając lat osiem, w osobliwych warunkach, o
których mowa będzie później. Prawdziwe jego nazwisko – brzmi
Tichomirow; jest on synem włościanina jednej z najuboższych wiosek
guberni Mohylowskiej. Rodzina Tichomirowych składała się z ojca, matki i
dwojga małoletnich dzieci – dziesięcioletniej Szury (zdrobniale od
Aleksandra) i ośmioletniego Paszy (zdrobniale od Pawła). Rodzina żyła
zgodnie i religijnie według obrządku prawosławnego; cieszyła się nie
tylko poważaniem mieszkańców swojej wsi, ale także okolicznego duchowieństwa.
W święta bywał u niej nawet miejscowy pop i grywał w karty z
gospodarzem. Grano nie w pieniądze, ale dla zabicia czasu, to w
„durnia” to w „nosy”, przy czym ten, kto przegrał, dostawał
kartami po nosie. Kiedy ktoś z grających posiadał pieniądze, posyłano
dzieci po wódkę; wszyscy wówczas wpadali w nastrój wesoły, a
„batiuszka” mawiał: „pić w miarę nie jest grzechem; sam Pan lubił
wesołość i przemienił wodę w wino na weselu w Kanie Galilejskiej”.
– Dzieci ciekawie obserwowały przy tym, jak nos duchownego purpurowiał,
czy to od wódki, czy od uderzeń kartami, zadawanych nader zręcznie ręką
wygrywającego zazwyczaj ojca. Poczciwy pop jeno chrząkał przygadując:
„Kto wytrwa aż do końca, ten zbawion będzie; przyjdzie święto i dla
mnie, a wtedy trzymaj się, bratku, albowiem napisano: nikomu nic winni nie
bądźcie”, oraz „jaką miarą mierzycie, taką wam odmierzone będzie”.
Ale oto nastał kres wesołego życia. Szereg następujących po
sobie nieurodzajów zmusił włościan wsi Sosnówki do pomyślenia o
emigracji na Syberię. Radzono nad tym na zgromadzeniach i postanowiono
wreszcie wysłać poszukiwaczy, celem odnalezienia odpowiedniego szmatu
ziemi w jednej z guberni sybirskich. Pomiędzy poszukującymi był też
Tichomirow, jako człowiek praktyczny i roztropny. Po trzech miesiącach wysłańcy
powrócili. Ziemie znaleziono w guberni Tomskiej. Sprzedawszy cały dobytek,
emigranci ruszyli w drogę. Mieszkańcy Sosnówki zajęli kilka wagonów długiego
pociągu, jednego z tych, które przeznaczono dla kolonistów. Rzecz działa
się w roku 1897-ym. Poruszające się zwolna pociągi zatrzymywały się długo
na stacjach węzłowych, gdzie przesiadali się pasażerowie – w Samarze,
Czelabińsku, Omsku. Emigrantom wypadało oczekiwać na swoje pociągi
tygodniami, i oto, poniewierając się byle jak na podłogach, spędzali dni
i noce w ciasnych budynkach stacyjnych. Przegotowanej wody brakło dla nich
w kociołkach; pokarm gorący w bufetach był niedostępny dla biedaków; głodni
ludzie rzucali się na tanie śledzie i wędzone płotki, oraz zapijali je
nie gotowaną wodą, - w rezultacie pojawiły się naprzód schorzenia żołądkowe,
a potem cholera. Zapadali na nią przeważnie dorośli. Nie dojechawszy do
Tomska, zachorował także Tichomirow. Wszystkie objawy świadczyły o
cholerze. Ku przerażeniu jego żony i dzieci, wyniesiono chorego na jednej
ze stacji z wagonu i skierowano do baraku dla chorych zakaźnie. Oczywiście,
żona i dzieci opuściły również pociąg i znalazły przytułek nie
opodal od baraku, za zestawionymi, ochraniającymi od śnieżycy deskami na
drodze kolejowej, aby stąd po kilka razy dziennie dowiadywać się o
zdrowie męża i ojca. Wieści były coraz smutniejsze. Przeszły trzy dni,
i zgnębiona Tichomirowa oświadczyła dzieciom, że i ona zachorowała. Była
to rozdzierająca serca scena, kiedy posługacze zabierali płaczącym
dzieciom matkę. Traciły one wraz z nią ostatnie oparcie. Ona też nie
wypuszczała ich długo z objęć, czując, że rozstaje się z nimi na
zawsze. Ale okropniejszą niźli śmierć, była dla niej myśl o tym, że
jej drogie dzieci pozostana jako sieroty, bez opieki na obczyźnie.
Oto poniesiono matkę do baraku. Zrozpaczone dzieci z płaczem biegły
na ludźmi, unoszącymi matkę, ale ciężkie wrota baraku zawarły się
przed nimi. Jakże nieszczęsnymi i samotnymi czuli się teraz Szura i
Pasza. Dzieci jak szalone biegały dokoła baraku, przywołując to ojca, to
matkę... Ale odpowiedzią były tylko szorstkie wyzwiska dozorców i groźby
pobicia, o ile nie odejdą. Jednakże dzieci nie przestawały krzyczeć i
prosić o wpuszczenie ich do baraku, aby umrzeć mogły wraz z rodzicami,
bez których, - jak powiadały – nie chcą, i nie mogą żyć. Tak biegały
biedactwa do późnej nocy i dopiero chłód nocy zmusił je do pomyślenia
o odzieży, którą wraz z innymi rzeczami pozostawiły gdzie indziej.
Przybywszy na miejsce, gdzie siedziały wprzód z matką przed jej zasłabnięciem,
nie znalazły ani śladu swego bagażu; ktoś widać złakomił się na nędzny
dobytek emigrantów...
Wcisnąwszy się pomiędzy deski, dzieci mocno przytuliły się do
siebie, aby się cokolwiek ogrzać. Szura, jako starsza, troszczyła się
bardzo o swojego braciszka, aż do świtu nie zmróżyła oczu i noc ta
wydawała jej się wiecznością. Zaledwie Pasza się obudził, pobiegli
oboje do baraku. Pierwszy dozorca, jakiego napotkali, powiedział im:
„Nie przychodźcie więcej: rankiem wynieśliśmy trupa waszego
ojca, a matka wasza także pewno umrze dzisiaj”.
Trudno było przekonać dzieci, aby nie zbliżały się do baraku.
Zaglądały wciąż przez okna i przywoływały mamę. Czyliż naprawdę,
zmilknie dla nich jej słodki głos; czy w istocie i ona na wieczór będzie
zimnym trupem?
Tak, wieczorem dowiedziały się, że matka umarła. Objąwszy się,
siedziały przy ścianie i gorzko płakały. Nocy tej Pasza nie spał ani
chwili, ciągle płakał i tęsknił. Wsparty ościanę, spoglądał na
uchodzący w dal szlak drogi żelaznej i przeżywał dziecięcą wyobraźnią
okrutne zdarzenia ostatnich dni. Wreszcie, zauważywszy nadchodzxący pociąg,
rzekł: „Szura, nie chcę żyć bez taty i mamy; pójdźmy, połóżmy się
na szynach; niechaj lokomotywa nas zgniecie na śmierć. Po co mamy żyć?
Dokąd pójdziemy teraz? Komu jesteśmy potrzebni? Z tymi słowy Pasza pociągnął
siostrę za rękę i jął wlec ją ku szynom. Szurę zdjęlo przerażenie;
objęła braciszka i łkając mówiła: „Nie, za nic nie rzucę się pod
pociąg i ciebie nie puszczę... boję się... to okropne”. – „Puść
mnie, ja sam pobiegnę” – krzyczał malec.
Kiedy tak spierali się oboje, pociąg przeleciał. Pasza przypadł
twarzą do ziemi i załkał: „Dlaczegoś mnie wstrzymała? Ja nie chcę dłużej
żyć”. Starsza siostrzyczka, mądra i czuła, jęła przekonywać brata,
aby porzucił czarne myśli. Długo wypadło jej namawiać go, zanim uspokoił
się i przyrzekł nie myśleć o śmierci i nie pozostawić Szury samej na
świecie.
Znowu dzieci siadły przy ścianie, tuląc się wzajem do siebie, i
oczekiwały świtu. Postanowiły pójść rankiem na mogiły rodziców. Mroźna
noc ciągnęła się nieskończenie długo dla zziębłych głodnych dzieci.
Ale oto i poranek. Dzieci pobiegły na cmentarz, gdzie na wyznaczonym
miejscu grzebano zmarłych na choroby zakaźne. U wrót cmentarza dzieci
poprosiły dozorcę, aby wpuścił je i wskazał im, gdzie pochowani są ich
rodzice. Ale ów odparł im szorstko: „Czyliż mało przywłóczono ich
tej nocy; czyż muszę wiedzieć, kogo tutaj grzebią? Przy tym walą ich po
dziesięć ciał do jednego dołu, a nieraz i po dwadzieścia”.
Nie dowiedziawszy się niczego więcej, dzieci zapatrzyły się jeno
zapłakanymi oczkami przez szczeliny parkanu na nieporządne szeregi pagórków
z wilgotnej gliny. Długo stały tak, patrzyły i płakały, dopóki stróż
ich nie odpędził. Przygnębione smutkiem, milczące dzieci, trzymając się
za ręce, powróciły ku ogrodzeniom kolejowym, ochronnym świadkom ich ciężkich
przeżyć w ciągu pięciu dni ostatnich i rozłąki z matką. Miejsce to
stało się dla osieroconych czymś bliskim, niby dom rodzinny. Pod ochroną
ścian, jęły naradzać się nad tym, co czynić dalej. Niezbyt chciało im
się dostać do baraku dla osieroconych dzieci; ale rozumiały dobrze, że
byłoby to dla nich ocaleniem od głodu, który coraz mocniej dawał im się
we znaki. Ich niewielkie zapasy żywności przepadły razem z bagażem, w którym
znajdowały się pieniądze.
Strach przejmował samotne dzieci; dokuczał im głód i chłód.
Skowronki wiosenne wesoło krążyły nad nimi, śpiewając swoje skromne
piosenki. Jaskrawe słoneczko złociło wszystko dookoła – a w sercach
sierot była mroczna noc. Smutek i wspólna niedola osobliwie zbliżyły
teraz siostrę i brata. Szura stała się dla Paszy jakby drugą matką; pieściła
go, pocieszała, jak mogła i mówiła: „Nie rozpaczajmy kochanie, Bóg
nas nie opuści”.
Już postanowili pójść do najbliższej wsi i żebrać o chleb,
kiedy naraz usłyszały nad sobą szorstki okrzyk: „Co tu robicie, kim
jesteście?” Przed nimi stał nieznajomy człowiek i przypatrywał się
im. Dzieci zmieszały się i nie od razu odparły że są emigrantami i że
ojciec i matka ich dopiero co zmarli. Nieznajomy kazał im iść za sobą i
odprowadził ich do urzędu, gdzie przeznaczono im na mieszkanie barak dla
osieroconych, do którego tak bardzo udać się nie chciały w obawie przed
grożącą im rozłąką: barak dla dziewcząt znajdował się o kilka
stacji dalej. Ale, nie bacząc na błaganie i łzy dzieci, Paszę
odprowadzono o trzy wiorsty od stacji do baraku dla chłopców, a Szurę wysłano
najbliższym pociągiem do stacji, gdzie znajdował się barak dla dziewcząt.
Łatwo sobie wyobrazić cierpienia rozłączonych dzieci; każde z
nich traciło w drugim wszystko, co było mu drogie w życiu.
Paszę wprowadzono do baraku, gdzie znajdowało się już 300 chłopców.
Wielu przebywało tam już dość dawno; owojeni z nowymi warunkami,
zabawiali się foglami. Przywitali oni nowicjusza drwinami i potężnymi
razami w bok i plecy – dla pierwszego zaznajomienia się. Po tygodniu
Pasza postanowił uciec z baraku: warunki bytu, obojętność na potrzeby
dzieci, grubiaństwo wielu chłopców, bijatyki, hałas i wstrętna wodnista
zupa – wszystko to stało się dlań nieznośne. Jął tedy wypatrywać
dogodnej chwili do ucieczki. Dzieciom nie pozwalano wydalać się z baraku;
ale, nie mogąc zwlekać dłużej, pewnej ciemnej nocy, Pasza wyszedł na
podwórze, przeskoczył drewniany parkan w dogodnym miejscu i puścił się
cwałem w stronę przeciwną kolei. Coś o pięć wiorst od niej, zaczynał
się wielki las. Znalazłszy się w gąszczu, Pasza poczuł się
spokojniejszy. Nie biegł już teraz, ale szedł, starając się nie stracić
z oczu skraju lasu, żeby nie zbłądzić, a bądź co bądź znaleźć się
dalej od miejsca, gdzie stał barak. Tak szedł przez długi czas, aż się
znużył, legł pod drzewem i wkrótce zasnął. We śnie zdawało mu się,
że go dopędzono, wciągnięto do baraku, zbito, otwierając mu usta i
wlewając wstrętną postną zupę...
Jasne
słoneczko już mocno grzało, kiedy maleńki dezerter obudził się. Wielogłose
ptaszęta po prostu ogłuszały go swoim śpiewem, jakby pochlubić się
chciały przed gościem, który odwiedził ich zielone królestwo. Pasza
szedł i rozmyślał, co ma czynić dalej. Postanowił wrócić do rodzinnej
Sosnówki; nazwę swojej guberni zapamiętał dobrze. Jakże przyjemnie żyło
się niegdyś w Sosnówce. Była tam pyszna rzeczka, w której kąpał się
niegdyś z innymi chłopcami i łowił wędką ryby. Oczywiście bardzo
pragnął zobaczyć się z miłą siostrą Szurą; ale nie wiedział jak ją
odnaleźć. Nadto lękał się, że ponownie zabiorą go do baraku. Tedy
postanowił odważnie kroczyć naprzód, jak najdalej od wstrętnego baraku,
a później wywiadywać się szczegółowo o drogę do miejsc rodzinnych.
Szedł przez cały dzień, starannie unikając siół, i tylko w
jednej wiosce poprosił o chleb. Nastała druga noc, udał się w głąb
lasu, aby tam przenocować. Znowu legł pod wysokim drzewem i mocno zasnął.
Przed samym świtaniem poczuł, że ktoś go pchnął i że jakiś gromki głos
nań zawołał: „Hej wstawaj malcze. Coś ty za jeden? Z kim tu jesteś?
Podniósłszy oczy, ujrzał Pasza trzech zuchwałych młodzików,
uzbrojonych od stóp do głów, i zląkł się porządnie. _ „Nie bój się,
nie zrobimy ci krzywdy. Opowiedz skąd się tu wziąłeś”. Widząc, że
nie są to ludzie z baraku, Pasza opowiedział im szczerze wszystko, co przeżył
i dokąd zmierza. Słuchali go uważnie: widocznie spodobała się im jego
śmiałość i spryt. Naradziwszy się postanowili go zabrać. „Inaczej
zginie” – mówili. „Chłopak wyrośnie na coś dzielnego, skoro nie bał
się uciec i pieszo wybrał się w drogę w rodzinne strony; trzeba go tylko
wychować po naszemu”. Postanowienie swoje oświadczyli chłopcu, przy
czym wychwalali swój tryb życia i przyrzekli, że będzie mu u nich
wybornie. Pasza nie sprzeciwiał się; bał się tych ludzi i udał się z
nimi w głąb lasu. Na jakiejś polanie czekały na nich osiodłane konie,
przy których był jeszcze rosły chłopiec. Ten wziął chłopca pod pachy,
posadził przed sobą na jednym z koni i pojechali. Długo jechali po leśnych,
zawiłych ścieżkach; wreszcie zatrzymali się; powiedli gdzieś konie, a
sami pochyliwszy się i pociągając za sobą Paszę, weszli w jakiś otwór
pośród drzew, zwalonych przez burzę, a po kilku chwilach wędrówki przez
gąszcz leśnego parowu, znaleźli się na polanie, gdzie spotkali jeszcze
około –dwudziestu ludzi, również uzbrojonych, wśród których było
kilka kobiet. Wszystkie oczy zwróciły się na przyprowadzonego chłopca,
brudnego i obdartego. Posypały się pytania: co za jeden, skąd? Jeden z mężczyzn,
najwidoczniej herszt bandy, zapytał: „Jak cię zowią?” – „Pasza
– Paweł” – odpowiedział śmiało malec. – „A nazwisko jakie?”
– „Tichomirow”. – No, to nam nie odpowiada. Nazwisko twoje będzie
„Smoluch”, ponieważ jesteś brudny i zasmolony” – żartobliwie rzekł
herszt. Odtąd przezywano go nie inaczej jak „Smoluch”.
Pasza zrozumiał, że dostał się do bandy rozbójników. Powoli
oswoił się z nowym życiem, i przypadło mu ono nawet do gustu. Wolność
bez granic, dobre jadło i nastrój wesoły, pijany – wszystko zbliżyło
go z tymi ludźmi, i przestał nawet myśleć o Sosnówce. Nie zapomniał
tylko myśleć o siostrzyczce i często tęsknie rozmyślał, że może ona
już nie żyje.
Mały „Smoluch” wkrótce stał się ulubieńcem wszystkich rozbójników,
ich rozrywką. On zaś zainteresował się mocno ich przygodami i
niecierpliwie oczekiwał nowej zdobyczy. Co dnia oswajał się coraz
bardziej z nowym życiem i zapomniało tym, co mu niegdyś mówili rodzice o
grzechu kradzieży; teraz mu było przyjemnie oglądać zagrabione rzeczy i
słuchać opowiadań zbójców po ich powrocie z „roboty”, jak nazywali
swoje występne rzemiosło.
Minęło lat osiem, i szesnastoletni „Smoluch” brał już żywy
udział w grabieżach i rozbojach. Dzięki swojej odwadze, zręczności i
sprytowi został pomocnikiem herszta. „Roboty” bandy budziły zgrozę u
ludności okolicznej w promieniu stu wiorst dookoła. Nie przetrzebione lasy
dozwalały im prowadzić swoje rzemiosło bez obawy. Wydawało się, że
nikt ich nie odnajdzie, nie zaniepokoi. Ograbiali wszystkich, którzy wpadli
im w ręce; nierzadko zabijali.
Ale wszystko ma swój kres. Pewien wypadek na pozór dla rozbójników
zwykły, niespodziewanie wywołał zupełny przewrót w ich życiu. Było to
późną jesienią. Część bandy ze „Smoluchem” na czele napadła na
dwóch ludzi, przejeżdżających na wozie, zabiła ich i obrabowała.
Zabrano konie, odzież i buty zabitych. Pieniędzy przy ofiarach nie
znaleziono, zaledwie 3 ruble i 50 kopiejek a w worku obok nędznych sprzętów
domowych znalazły się też dwie książki, które zbóje zamierzali z początku
porzucić, później zostawili na zwijaki do papierosów. Książki schował
„Smoluch”. Wieczorem, po obejrzeniu całej zdobyczy, wyjął też książki
i jął je przeglądać. Jedna nosiła tytuł „Głos wiary” i była mu
nieznana; o drugiej, zatytułowanej „Nowy Testament”, zachował mgliste
wspomnienia z czasów dzieciństwa; podobną książkę mieli jego rodzice w
Sosnówce.
Leżąc na swoim posłaniu, „Smoluch” z nudy jął odczytywać te
ustępy, na które natrafił przypadkiem przy przerzucaniu kart, i oto
czyta: „... i nie ma, kto by szukał Boga ... grobem otwartym jest gardło
ich ... językami swymi zdradzają, jad żmii pod wargami ich; których usta
pełne przekleństwa i gorzkości. Nogi ich prędkie do przelewu krwi.
Zniszczenie i nędza na drogach ich. A drogi pokoju nie poznali; nie ma bojaźni
Bożej przed oczyma ich”. (Do Rzym. 3, 11-18.) Paweł pomyślał: i
dawniej byli ludzie tacy, jak my. „Nogi ich prędkie są do przelewu
krwi”. Przypomniał sobie niedawny obraz jak pędzili na żwawych koniach
za przejezdnymi, usiłującymi umknąć, jak tamci błagali o życie; ale
bez odrobiny miłosierdzia on i towarzysze zamordowali ich. Przy tym
wspomnieniu „Smoluchowi” zrobiło się jakoś przykro; pomyślał: „Co
to byli za ludzie? Dlaczego mieli przy sobie tę książkę? Jął przerzucać
„Nowy Testament” w nadziei, że poweźmie jakąś wiadomość o
zabitych. Wszelako nie znalazł nic, żadnego dokumentu, który pozwalałby
dowiedzieć się, kim byli. Jeno na tytułowej karcie widoczny był krótki
napis, brzmiący jak następuje: „15-go maja 1898 roku – dzień mojego
nawrócenia do Pana, pokuty i odrodzenia. W dniu tym On mi przebaczył i
obmył mnie Swoją świętą krwią”.
„Smoluch” nie mogąc zrozumieć sensu tego napisu, przewracał
nadal karty i odczytywał poszczególne ustępy. „Alboż nie wiecie, że
niesprawiedliwi królestwa Bożego nie odziedziczą?” Tu następuje
wyliczenie różnego rodzaju grzeszników, po czym: „I takimiście niektórzy
byli, aleście omyci, aleście usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa i
przez Ducha Boga naszego”. (1 Kor. 6, 9-11.) Następnie wzrok jego trafił
na modlitwę jakiegoś człowieka, który mówił: „Oto Panie, połowę
majętności swoich dam ubogim. A jeślim kogo w czym podszedł, oddaję w
czwórnasób”. Przerzuciwszy jeszcze kilka kart, już jest mowa o ukrzyżowaniu
Chrystusa. Najbardziej zajęło go to, że wraz z Chrystusem ukrzyżowani
zostali dwaj rozbójnicy, że jeden z nich pokutował i wyznał swoje winy,
a za ten akt skruchy Chrystus obiecał mu raj.
„Smoluch” zamknął książkę, położył ją pod poduszkę i,
otuliwszy się kołdrą, usiłował zasnąć. Ale jakoś sen uciekł odeń.
Duszę jego zdejmowała trwoga. Na próżno starał się odpędzić natrętne
myśli, znaleźć zapomnienie we śnie, bezustannie powracał w pamięci
obraz, jak owi dwaj błagali na kolanach o darowanie im życia...
Dopiero nad ranem pokrzepił się „Smoluch” ciężkim snem, ale
podniósł się z jakimś nowym niepokojem w sercu. Towarzysze wkrótce
spostrzegli osobliwy wyraz jego twarzy i nie wiedzieli, czemu go przypisać
mają. Niektórzy sądzili, że zachorował. Tak chodził przez parę dni,
niby pomieszany, a nikt nie mógł dowiedzieć się odeń, co się stało.
Towarzysze jednak nie zaprzestawali zapytywać o powód jego zadumy, aż w
końcu otworzył serce przed niektórymi, wyznając, iż nie może uspokoić
się od chwili, gdy coś wyczytał z książki, znalezionej przy zabitych.
Wszystkim było nieswojo: Cóż to za księga, która wprawia w taką posępność
ich wesołego towarzysza? Jedni żądali, aby dał im tę czarodziejską książkę,
iżby mogli ją spalić; inni, zaciekawieni, prosili, aby im coś z niej
przeczytać. Wreszcie postanowiono to ostatnie. I oto gdy wszyscy byli
zebrani, przeczytał im „Smoluch” te miejsca, które go tak bardzo
poruszyły. Wszyscy słuchali z napięciem. Już na początku czytania
pewien młody rozbójnik z przekonaniem rzekł, że książka ta, to
Ewangelia, którą zna bardzo dobrze: „Matka moja była sztundystką i ciągle
czytała Ewangelię; prowadziła też mnie nieraz na zebrania dziecięce,
gdzie czytano tę książkę, a potem dzieci modliły się i śpiewały”.
Czytanie trwało długo, po czym słuchacze rozeszli się w milczeniu
po kątach. Większość była w przygnębionym nastroju. Nikt nie był w
stanie pojąć, czemu książka ta wywarła na nich takie wstrząsające wrażenie.
Od tego dnia co pewien czas schodzono się i czytano Nowy Testament, który
działał na nich nieodparcie.
Nie minął jeszcze miesiąc, a już młody rozbójnik, syn
sztundystki, szczerze oświadczył, że nie zdoła nadal zajmować się swoją
występną robotą. Po nim oświadczył to samo „Smoluch”. Towarzysze już
widzieli obu, modlących się ze łzami w oczach. W końcu złożył takie
wyznanie sam herszt. Wszyscy zgodzili się z nim. Ale stanęła przed nimi
kwestia, co czynić nadal i jak zwrócić się na uczci drogę życia? Wszakże
w tym celu należałoby przede wszystkim oddać się w ręce władz. Nadto
czy są w stanie jeśli nie dziesięciokrotnie wynagrodzić, to chociażby
byle jak zaspokoić wszystkich, którym wyrządzili krzywdę? Oczywiście,
jest to niemożebne. Pozostawało tedy oddać się władzom. Na to nie
zgodziła się większość; ale ów młody zbój, który pierwszy postanowił
prowadzić nowe życie, a z nim „Smoluch” i jeszcze pięciu zdecydowało,
że pójdą i przyznają się do swoich zbrodni przed władzą.
Nastał dzień, kiedy miano się rozejść na zawsze. Pożegnanie było
wzruszające. Towarzysze prosili „Smolucha”, aby na ostatek przeczytał
im coś z Ewangelii. Natrafił na ustęp, w którym mowa jest o dwóch opętanych
przez biesy, wychodzących z grobów tj. z cmentarnych pieczar, słowem o
tych dwóch, nader opętanych, z których Chrystus wypędził złe duchy, po
czym wyleczeni poszli za Nim. „To samo stało się i z nami” – dodał
„Smoluch”, „my też porzucić chcemy nasze grzeszne życie. Dosyć już
krzywdzenia ludzi. Pójdziemy śladem Chrystusa”. Z tymi słowy
„Smoluch”, padłszy na kolana, wyznawał głośno swe zbrodnie;
pokutowali także inni. W ogólnym płaczu i jęku słyszano okrzyki, słowa
bez związku: „Przebacz... nam... mnie... Nie pamiętaj mi... Obmyj krwią
Swą... Daj moc... Nie będę... Nie chcę... Przyrzekam” itp. – Siedmiu
zbójców, ucałowawszy pozostałych na pożegnanie, udało się z orężem
do pobliskiego miasta, podczas gdy inni obrali sobie różne drogi podług
swojego uznania.
Mocnym
i stanowczym krokiem podchodził do miasta „Smoluch” z towarzyszami. Już
na pierwszej ulicy zwrócili na siebie uwagę przechodniów, zdumionych, skąd
wzięła się ta grupa ludzi, odzianych jaskrawo i zbrojnych. Na rogu jednej
z głównych ulic prosili policjanta o wskazanie im miejsca zamieszkania
prokuratora Sądu Okręgowego. Policjant wskazał im wielką dwupiętrową
kamienicę na tejże ulicy. Rozbójnicy weszli do domu, umówiwszy się wprzódy,
że „Smoluch”, jako najśmielszy i najwymowniejszy, wyłoży ich sprawę
prokuratorowi.
Znaleźli się w wielkiej i jasnej komnacie z froterowaną posadzką,
gdzie oczekiwało już około dwudziestu ludzi. Przy drzwiach do gabinetu
stał woźny. „Smoluch” zwrócił się doń: „Prosimy zawiadomić pana
prokuratora, że musimy z nim mówić”. Woźny z ukosa spojrzał
podejrzliwie na uzbrojonych ludzi. – „W jakiej sprawie?” – „Bardzo
ważnej” – odparł „Smoluch”. Woźny znikł za drzwiami. W parę
minut potem zbójcy stanęli przed sędziwym jegomościem o twarzy, budzącej
szacunek, na której malowało się lekkie zaniepokojenie z powodu nagłego
zjawienia się przed nim siedmiu uzbrojonych ludzi. Ale równie wzruszeni
byli wobec przedstawicieli prawa rozbójnicy, którzy zdecydowali się w
swojej tajdze na taki krok niezwykły, jak wyznanie przewinień. Drżącym głosem
rozpoczął „Smoluch”.
-
Pozwól pan, że wyjaśnimy, kim jesteśmy i dlaczego znaleźliśmy się
tutaj. Jesteśmy przestępcami. Ale nie lękaj się pan nas. Przyszliśmy tu
przyznać się i pokutować. Poznaliśmy, jakie czyniliśmy zło, i przyszliśmy
ponieść karę, wskazaną prawem za rozbój. Postąp z nami, jak każe
sprawiedliwość. A oto składamy broń naszą”. Przy tych słowach
„Smoluch” i jego towarzysze szybko złożyli broń na stos.
Prokurator
tak się zmieszał, że nieprędko zapanował nad sobą. Po raz pierwszy w
życiu zdarzyło mu się usłyszeć spowiedź całej grupy ludzi,
dobrowolnie oddających się w ręce przedstawiciela prawa. W końcu zawezwał
policję. W parę chwil potem zjawił się oddział uzbrojonych żołnierzy
z komendantem policji na czele. Po sporządzeniu protokołu zeznań,
skierowano sprawę do sędziego śledczego. Kiedy podczas badania
„Smoluch” opowiedział w ogólnych zarysach historię swojego życia i
wyjaśnił przyczynę, która skłoniła go, iż wraz z towarzyszami
postanowił zejść z dróg przestępstwa, prokurator i inni obecni byli głęboko
wzruszeni i niektórzy z trudem ukrywali łzy. Trudno im było pojąć, że
taka nagła, a tak gruntowna zmiana nastąpiła tylko na skutek
zaznajomienia się z Ewangelią. – „Jam już nie „Smoluch”, ale Paweł
Tichomirow” – mówił młodzian. „Chcę służyć Bogu i ludziom. Bez
szemrania zniosę należną mi karę; jestem teraz w rękach waszych”. –
Podobne zeznania złożyli jego towarzysze.
Prokurator,
poruszony, wydał rozkaz, aby wszystkich siedmiu niezwłocznie zaprowadzono
do więzienia i zamknięto w osobnych celach aż do ukończenia śledztwa.
Byłych rozbójników odprowadzono do więzienia. Pozostawszy sam,
prokurator i komendant policji długo omawiali niezwykłe zdarzenie. Najczęściej
zbrodniarze albo zaprzeczają swojej winie, albo przyznają się do niej z
trudem i częściowo, jeno pod ciężarem nieodpartych poszlak, gdy pojmano
ich na miejscu przestępstwa. Ale ci sami przyszli i złożyli dobrowolne
zeznanie. Zaprawdę wielką jest moc Ewangelii, skoro tak odradza ludzi.
Komendant wyszedł, a prokurator, ukończywszy zajęcia, opowiedział
zaraz żonie swojej o skrusze rozbójników. Zdziwiła się wielce i po namyśle
rzekła: „Jeden z ukrzyżowanych z Chrystusem zbójców podobnież
pokutował, ale był przybity i nie mógł nigdzie ujść; oni zaś mogli w
dalszym ciągu ukrywać się w tajdze i dopuszczać do grabieży. Jest to więc
zdumiewający wypadek, nieznany w historii sądownictwa”.
Nadszedł wieczór, a prokurator i żona jego nie ochłonęli
jeszcze. „Jak myślisz Taniu” (zdr. od Tatiana), rzekł prokurator,
„może byśmy poczytali Ewangelię? Bodaj dowiemy się, czym ona tak działa
na ludzi; przecież nie znamy jej wcale”. „Ja ja nieco czytałam” –
z godnością odparła Tatiana Aleksandrówna, - „nie pojmuję jednak, co
w niej mogło tak na nich podziałać”. Prokurator, Jerzy Mikołajewicz, jął
szukać Nowego Testamentu w swojej bibliotece, podczas, gdy żona wydawała
zarządzenia w kuchni w sprawie kolacji. Tymczasem prokurator, włożywszy
okulary, przerzucał kartki Nowego Testamentu. Uwagę jego zatrzymał naprzód
rozdział 12 Ewangelii Jana. Czytając pochwalał w myśli Marię, iż nie
pożałowała cennych olejków wonnych dla Chrystusa, oraz potępiał z
punktu widzenia prawa karnego zdrajcę Judasza, podciągając czyny skrytobójcy
i złodzieja pod odnośne artykuły. Zdumiał się potęgą Chrystusa,
wskrzeszającego już rozkładające się ciało Łazarza i dziwił się
niewierze uczonych w Piśmie, którzy byli naocznymi świadkami niesłychanego
cudu. Zamyślił się głęboko nad przypowieścią o ziarnie pszenicy, które
umrzeć musi, aby przyniosło owoc, ale nie mógł zrozumieć właściwego
sensu przenośni. Kiedy zaś doszedł do słów: „A Ja, gdy będę podwyższony
od ziemi, wszystkich pociągnę do siebie”, - uczuł naraz, jak bliskim i
drogim stał mu się Ukrzyżowany, jak dusza w nim rozgrzała się i pociągnięta
została do krzyża, z którego padło wielkie słowo: „S p e ł n i ł o
s i ę” Pomyślał nadto, czy to właśnie nie jest ta siła, która
tak pociągnęła Tichomirowa. Wreszcie przy odczytywaniu końcowych słów
rozdziału 12-go opadł go jakiś wielki lęk: „Kto mną gardzi, i nie
przyjmuje słów moich, ma swego sędziego; słowa, którem ja mówił, te
osądzą go w dzień ostateczny”. Teraz już stało się dlań jasne,
czemu rozbójnicy porzucili swoje zbrodnicze sprawy.
Ale oto powróciła Tatiana Aleksandrówna. „Nad czym tak zamyśliłeś
się? Co się tak uderzyło?” – spytała. Mąż jął wyjaśniać, ale
temat niezwykły i myśli niezwykłe nie układały się w słowa, i żona
nie mogła go zrozumieć. Wieczerza się skończyła. Nocą Jerzy Mikołajewicz
nie mógł zasnąć. Ledwie zamknie oczy słyszy nad sobą: „Słowo moje
osądzi”... I wydaje mu się, że jest podsądnym, że słyszy artykuły
prawa Bożego, które potępiają jego, prokuratora, za wszystkie
wykroczenia, jakie popełnił był w życiu, skazując go na wieczne zamknięcie
w ciemnościach zewnętrznych; on zaś jakoby szuka obrońcy i znaleźć nie
może. Chwilami prokurator zapadał w krótki sen, ale sen nie dawał mu
spokoju. Rankiem opowiedział żonie, co przemyślał i co odczuwał z
wieczora i nocą; lecz ona tłumaczyła jego stan przemęczenia nadmiarem
zajęć i nerwowością; gdy zaś wyjaśnił, iż postanowił porzucić urząd
prokuratorski, przelękła się i pomyślała, że oszalał. Ale Jerzy Mikołajewicz
nie odstąpił od decyzji. Stało się dlań jasne, że wywyższony na krzyżu
Syn Boży pociągnął i jego, prokuratora, ku sobie, a odtąd będzie dlań
osobistym Zbawicielem.
* * *
Pawła
Tichomirowa i jego towarzyszy osadzono w celach. Wszyscy sędziowie śledczy,
którzy badali byłych rozbójników, zdumiewali się ich krokiem, a zwłaszcza
tym, że tak całkowicie ich odrodził wpływ Ewangelii. Oto jaka jest moc
Boskiej księgi, kiedy podchodzi się ku niej z czystym sercem i pragnieniem
poznania prawdy. Wkrótce w mieście jęto mówić nie tylko o skrusze byłych
rozbójników i nagłym niezrozumiałym podaniu się do dymisji
prokuratora, ale i o tym, że izolacji przestępców zażądał
duchowny więzienny, utrzymujący, że jakoby Tichomirow i jego towarzysze
zwodzą innych aresztantów do przyjęcia ich wiary. Ale ogień Ewangelii
ugasić było trudno; to też płonął on we wszystkich celach. Wielu
aresztantów i niektórzy dozorcy nauczyli się na pamięć rozdziałów
12-go i 16-go Dziejów Apostolskich, tak je sobie upodobawszy.
Po
roku siedmiu więźniów stanęło przed sądem. Nowy prokurator nie miał
potrzeby zaostrzać swej mowy oskarżycielskiej wobec dobrowolnego
przyznania się do winy, a były prokurator, który występował teraz w
charakterze obrońcy, prosił przysięgłych o wyrozumiałość dla ludzi,
którzy, przyznawszy się do winy, chcieli rozpocząć nowe życie,
pracowite i uczciwe. Jednakże skazano ich na dziesięć lat ciężkich robót.
Wysłuchali kornie wyroku, świadomi, że nań zasłużyli, i zrzekli się
prawa apelacji. Sądzono ich przy drzwiach otwartych. Kiedy udzielono im
ostatniego słowa, każdy w prosty sposób wyraził żal, iż długie lata
krzywdził bliźnich; każdy mówił o wpływie nań Ewangelii. Publiczność
była wzruszona; czuło się że w wielu sercach ziarno Słowa Bożego zapuściło
pędy.
Po
wyroku skazanych wysłano z osobna, z wyjątkiem Tichomirowa i Sołowiewa,
którym wyznaczono wspólne miejsce zesłania – za Bajkałem. Przy pożegnaniu
wszyscy dawali sobie obietnice pozostawania we wszelkich okolicznościach na
drogach uczciwości i wierności Bogu, oraz świadczenia o Jego miłości.
Zgodnie z tym we wszystkich etapowych więzieniach rozpowiadali, jak ocaliła
ich Ewangelia, i mówili o miłości Boga dla skruszonych grzeszników. A
wszędzie znajdowali się ludzie, przysłuchujący się temu świadectwu z
uwagą i przyjmujący je do serca. Zwłaszcza wrażliwi byli na żywe słowo
Tichomirowa i Sołowiewa dzielący ich los katorżniczy, z których po
niejakim czasie niektórzy oddawali się całkowicie Bogu. Po upływie dwóch
lat nawet władze zauważyły, że niesforni zwykle katorżnicy widocznie
przycichli, a niektórzy zachowywali się bez zarzutu.
Tichomirow
po drodze na Bajkał wszędy dopytywał się o los przesiedleńców z
Mohylewskiej guberni w nadziei, że dowie się czegoś o swoich rodakach, a
zwłaszcza o tym, czy żyje jego siostra. Listy bowiem posyłane do wsi
rodzinnej, nie przyniosły mu odpowiedzi. Jakże często rozmyślał o miłej
Szurce, gorejąc pragnieniem opowiedzenia siostrze o swoich przeżyciach, a
zwłaszcza o odwróceniu się od uczynków martwych ku żywej wierze
Chrystusa.
Wreszcie
po upływie kilku lat, z okazji jakiegoś szczęśliwego zdarzenia w życiu
państwa, ogłoszono amnestię: Paweł Tichomirow i Grzegorz Sołowiew
zostali zwolnieni przed terminem. Przy pożegnaniu się z tymi, którzy
przez nich uwierzyli w katordze, polecali ich wszystkich Bogu, jako swoją
duchową dziatwę, tamci zaś z płaczem rozstawali się ze swymi duchowymi
ojcami. Teraz obaj znaleźli się w drodze do Irkucka i Tomska; szli pieszo.
Marzyli o dostaniu się do Rosji Europejskiej, nade wszystko zaś do wsi
rodzinnych, które zaledwie pamiętali. Wszyscy spotykający ich w drodze i
na noclegach, ciekawie rozpytywali się kim są i dokąd dążą. Historia
byłych rozbójników zajmowała wszystkich, wywoływała roztkliwienie i
zapał do służenia Bogu. Niekiedy po wsiach znajdowali wierzących braci i
siostry, z którymi spędzali wieczory przy wspólnej bratniej rozmowie i
czytaniu Słowa Bożego. Wierzący cieszyli się z triumfu Ewangelii,
jawnego w nawróceniu ginących grzeszników i sławili imię Pana. Zwłaszcza
w pewnej wsi, gdzie spędzali niedzielę i opowiadali sporej gromadzie o
swoim życiu i zbawieniu, nastąpiło wielkie przebudzenie; kilkadziesiąt
dusz nawróciło się do Pana. Dało to powód do ogromnej radości.
Była
wczesna Wiosna. Rzeki rozlały. Przyroda budziła się z długiego snu
zimowego; wędrowne ptaki chmarami powracały do dawnych rodzinnych gniazd,
a Tichomirow i jego towarzysz również rwali się do ojczyzny, gdzie
gniazda ich z dawna były zburzone... Starali się nie zbaczać od toru
kolejowego. Tichomirow mimo wysiłku nie był w stanie przypomnieć sobie
nazwy stacji, gdzie stracił rodziców i siostrę. Pragnął spojrzeć też
na owe sciany, pod których ochroną wycierpiał tyle w dzieciństwie. Na to
wspomnienie łzy polały się po jego twarzy i wykrzyknął – „Ach
drodzy moi. Porzuciliście mnie i oto muszę błądzić samotnie po świecie”.
Tutaj przypomniał sobie, że i Syn Boży nie miał przytułku na ziemi i był
samotny nawet pośród krewnych swoich.
Dzień chylił się ku wieczorowi, gdy wędrowcy podeszli do
miasteczka na brzegu rzeki, nie opodal kolei. Na pierwszej ulicy spytali,
czy nie ma tu wierzących. Wskazano im niewielki piękny domek pośród
wysokich jodeł. Podszedłszy bliżej, ujrzeli bawiącą się parkę dzieci,
tuż zaś zajętą czymś młodą dobrze odzianą kobietę, która powitała
ich życzliwym uśmiechem. Wyjaśnili jej, że są wierzącymi i proszą o
nocleg. Kobieta zaprosiła ich do domu, oznajmiając, że dla braci zawsze
znajdzie się miejsce. Przywołała męża, który kopał grzędy w
ogrodzie. Ten zjawił się natychmiast z przyjaznym powitaniem i pozostał z
nimi, podczas gdy gospodyni przygotowywała herbatę. Po nastawieniu
samowaru wydoiła parę krów i nakryła do stołu. A czegóż tu nie było:
spore kawałki śmietankowego masła, śmietana, wielki dzban mleka, dwa –
trzy gatunki pieczywa, gotowane jaja i doskonały chleb pszenny, - wszystko
to nęciło oczy zgłodniałych wędrowców. Duża lampa rzucała światło
na obrus śnieżnej białości, błyszczący samowar kipił wesoło.
Uprzejma gosposia weszła w obszytym koronkami białym fartuchu i rzekła do
męża: „Proś braci do stołu.” – „Prosimy drogich gości”.
Wszyscy podeszli i gospodarz wezwał błogosławieństwo Boże. Dziękował
Bogu za miłość i troskę, za drogich gości, prosił o zachowanie im
wiary i o błogosławieństwo jadła. Tichomirow nigdy dotąd nie zasiadał
przy tak obfitej zastawie i w takim gościnnym kółku. Zachwyt i tkliwość
przepełniały jego serce. Dzieci – chłopczyk i dziewczynka – uważnie
przyglądały się gościom i przysłuchiwały się rozmowom. Tichomirow
przed herbatą przerwał opowieść na tym, gdy rozbójnicy w głuszy leśnej
otworzyli zabraną przejezdnym Ewangelię. Teraz na prośbę gospodarza ciągnął
opowieść dalej. Więc opowiedział barwnie, jak Ewangelia przesiąkła
zwolna w duszę jego i towarzyszy, jak zbudziła skruchę i nakazała im
porzucić zbrodniczy sposób życia i oddać się w ręce sprawiedliwości;
jak uwierzył prokurator, jak ich sądzono; odmalował też swój żywot w
więzieniach etapowych i lata ciężkich robót aż do amnestii. Gospodarze
nie spuszczali oczu z opowiadającego, a gospodyni często ocierała łzy,
jakby pragnąc ukryć wzruszenie.
Czas płynął niepostrzeżenie. Wielki zegar dźwięcznie wydzwonił
północ. Wszyscy uklękli i dziękowali Bogu za Jego cudowne dzieła ku
zbawieniu grzeszników. Kiedy goście powstali, gospodyni spytała: „Dokąd
pójdziecie teraz bracia nasi?” – „Do Rosji, do wsi rodzinnej” –
odparł Tichomirow. – „A czy macie tam krewnych” – pytała dalej.
– „Ot, Sołowiew, ma tam jeszcze matkę, wierzącą; mieszkała w
gubernii kijowskiej. Ja zaś nie mam nikogo; ni ojca, ni matki. Po prostu
chcę zobaczyć wieś rodzinną w guberni mohylewskiej, a nadto pragnę
dawnym współmieszkańcom opowiedzieć o Bogu i Jego miłości do nas”.
– „Czy dawno jesteście sierotą?” – spytała gosposia. – „O tak
mając lat osiem straciłem rodziców tu, na Syberii, po drodze, gdy udawaliśmy
się na miejsce przesiedlenia. Ojciec zmarł dwa dni przed matką”.
Gosposia oburącz uchwyciła się stołu; pochylona naprzód wpiła
wzrok w Tichomirowa. Mąż zdziwiony był, że tak zajęła się
rozpytywaniem zamiast przygotować gościom nocleg. A gość ciągnął:
„Rodzice osierocili mnie i nieco starszą siostrzyczkę. Nazajutrz po śmierci
matki straciłem ja z oczu, nic nie wiem o niej; zapewne zginęła, jak
ginie mnóstwo sierot w niemożliwych warunkach życia emigrantów. Była to
dobra dziewczyna, litowała się nade mną, jak rodzona matka.”
Tichomirow rozpłakał się. Śmiertelnie blada gospodyni, zalewając
się łzami, krzyknęła: -„Czy to ty jesteś drogi bracie Paszo? – mów
prędzej. Serce powiada, że to ty”. – „Szura, ciebież to widzą oczy
moje? Aniele mój, miła siostrzyczko” – wołał, płacząc jak dziecko.
- „Tak to ja, siostro twoja. O, jakże opłakiwałem ciebie”. Rzucali się
sobie w objęcia, całowali się ze łzami.
Z kolei Tichomirow ściskał dzieci, które wtórowały płaczem
matce. Całował je i męża siostry. W ogólnej radości wziął udział
także Sołowiew, wstrząśnięty sceną niespodziewanego spotkania się
rodzeństwa. O, co to była za radość. Szura nie wiedziała po prostu, co
ma począć. Wciąż podchodziła do Pawła i obejmowała go, wołając: „Czyyliż
naprawdę widzę ciebie bracie”. Co za szczęście. Kiedy podeszliście do
domu, zdało mi się, jakbym znalazła coś kosztownego; serce napełniło
się dziwną radością. Nie rozumiałam, dlaczego. Tak bardzo chciałam dać
wam przytułek i ugościć was. Zresztą po dawnej mojej niedoli, zawsze
witam chętnie potrzebujących, ale jakoś osobliwie pociągnęło mię coś
ku wam. Teraz już wiem, dlaczego: przyszedł drogi braciszek, którego nie
widziałam od lat dwudziestu. O, radości! Znowu upadli na kolana i sławili
Pana tak gorąco, jak nigdy dotąd. A nawet pięcioletnia córeczka Szury
rzekła: „Dobry Panie Jezusie, dziękuję Ci, żeś przywiódł do nas
wujcia Paszę”. Płakali wszyscy. Aleksy Bazylewicz, dziękował Bogu za
taki cenny dar dla jego żony.
O
trzeciej po północy jeszcze nie spano; nawet dzieci się nie pokładły.
Znowu pito herbatę, gwarzono; wreszcie, poleciwszy się Bogu, wszyscy
rozeszli się przed świtem. Po przeżytych wzruszeniach sen ich nie był
spokojny. Pawłowi marzyło się, że znowu jest w lesie i czyta towarzyszom
Ewangelię... żegnał się z nimi; potem był prokurator, sąd, więzienia
etapowe, katorga... Gdy się obudził i przekonał, że to tylko sen, znowu
sławili Pana. Rano przy herbacie nowe zdziwienie i nowe zachwyty z powodu
łaski Bożej i dbałości o sieroty. Szura znowu żądała, aby brat
opowiedział jej wszystkie swoje przeżycia od momentu rozstania przy
zabudowaniach kolejowych. Ona też wiele wycierpiała w baraku dla dziewcząt,
gdzie pozostawała do późnej jesieni. Nastąpiły mrozy, a baraku nie
ogrzewano. Wybuchnęły epidemie, dziesiątkujące dziatwę. Wówczas z
okolicznych siół zjawili się poczciwi ludzie, którzy zabrali do siebie
dzieci, aby uchronić je od zamarznięcia. Szurę wzięła biedna wdowa
wierząca, mająca już czworo dzieci. W małej izdebce pod płaskim dachem
z darni spędziła Szura zimę u ciotki Duni (zdr. od Eudoksji). Chleba nie
brakło. Ciocia Dunia zawsze czytała Nowy Testament i modliła się dobrze
i lubiła czytać, zwłaszcza Ewangelię. Mając lat czternaście, nawróciła
się świadomie do Boga, oświadczyła, że chce przyjąć chrzest, otrzymała
go i była przyjęta do zboru. Minęły lata, Szura wyrosła, okrzepła, słynęła
jako najlepsza śpiewaczka w chórze. Wszyscy ją kochali. Nikomu nie przyszło
do głowy, że Szura nie jest córką cioci Duni. Kochały się bardzo. Chór
tego sioła nieraz jeździł do innych wsi, a nawet miast, pracując dla
Pana. Kiedyś postanowiono odwiedzić miasteczko, w którym Szura mieszka
obecnie. Pan obficie pobłogosławił pracę chóru dla Niego. Pod wrażeniem
natchnionych mów towarzyszącego im kaznodziei i pięknych śpiewów, nawróciły
się do Pana dziesiątki ludzi, a wśród nich także młody buchalter
miejscowego domu handlowego. W rok potem został mężem Szury. Odtąd żyje
ona z Aleksym Bazylewiczem w miłości i zgodzie, mając dwoje dzieci.
Kiedy Szura skończyła opowieść, Paweł przypomniał jej, jak to
zamierzał był po śmierci rodziców rzucić się pod pociąg, a ona, płacząc,
odradziła mu ten krok rozpaczy, zapewniając go: „Nie upadaj na duchu,
kochanie, Pan Bóg nas nie opuści”. Teraz oboje przypomnieli słowa
psalmisty” „Śpiewajcie bogu, śpiewajcie psalmy imieniu Jego. Gotujcie
drogę Temu, który jeździ na obłokach. Pan jest imię Jego. Radujcie się
przed obliczem Jego. Ojcem jest sierot i sędzią wdów, bogiem w przybytku
swym świętym. Bóg, który samotne w rodowite domy rozmnaża, wywodzi więźniów
z oków...” (Psalm 68. 5-7.) I znowu sławili Pana.
Szura zgodziła się na zamiar Pawła, udania się do ojczyzny, aby
powołać do Chrystusa pozostałych tam krewnych i znajomych, ale ja samą
serce popychało ku towarzyszeniu mu i pomaganiu w pracy nad wierzącymi.
Aleksy Bazylewicz dał zezwolenie, przyrzekając pilną opiekę nad chłopcem,
gdyż dziewczynkę Szura postanowiła zabrać ze sobą. On też udzielił środków
na drogę.
Po trzech dniach jechali już do Rosji Europejskiej. Oto wreszcie i
gubernie samarska, saratowska, penżeńska, weroneżska, kurska i kijowska.
W Kijowie Sołowiew pożegnał Pawła i Szurę, udając się do swej wsi i
obiecując przyłączyć się do nich po odwiedzeniu matki; oni zaś
odjechali do guberni mohylewskiej. Otóż i rodzinna Sosnówka. Tu rozpytywać
jęli o Tichomirowych, i okazało się, że w Sosnówce mieszkają dwaj
rodzeni bracia ojca, dwie
ciotki i kilku dalszych krewnych. Wszyscy oni dziwili się przy spotkaniu,
gdyż słyszeli, że Paweł i Szura jakoby rychło zmarli po rodzicach, nie
dojechawszy do celu podróży. Każdy prosił ich w gościnę. Wkrótce
dowiedzieli się, że odnalezieni młodzi krewniacy są wyznawcami
Ewangelii. Kiedy proszono ich aby wypili z okazji przywitania, wymawiali się
tym, że dla chrześcijan nieodpowiednie jest pić wódkę. Ale dlaczegóż?
– dziwili się mieszkańcy Sosnówki; wszakże i oni są chrześcijanami,
a piją gorzałkę przy każdej sposobności. Było to zwykle pobudką do
rozmów po czym przystępowano do czytania Słowa Bożego. Silnie działała
na wszystkich opowieść Paszy o drogach, jakimi dostąpił zbawienia.
Prawie co wieczora zbierano się wokół Tichomirowa, aby słuchać Słowa
Bożego, zwolna przebijała się kora zastarzałych uprzedzeń zewnętrznej
religijności. Wielu znalazło w Chrystusie swego osobistego Zbawcę i
postanowiło oddać się Panu...
Ale oto i nowe doświadczenie... Wzburzyło się duchowieństwo
miejscowe i doniosło okolicznej policji iż przyjechał jakiś katorżnik i
zachwiał w ludzie wszystkie fundamenty prawosławnej wiary, o ile zaś władze
nie będą przeciwdziałać, to od nowej nauki zachwiać się mogą podstawy
porządku społecznego. Nocą zjawił się w mieszkaniu Tichomirowych
policjanti zaprowadził Pawła do komisarza okręgu. Rankiem w kancelarii
znaleźli się też śledczy i duchowny. Zbadano Pawła i sporządzono
protokół o agitacji na rzecz nowej wiary. Tichomirowa wysłano pod
konwojem do więzienia powiatowego.
Szura bolała z powodu brata. Musiała wracać na Syberię, nie
zobaczywszy się z nim, gdyż widzenia z podsądnymi nie było dozwolone. W
kilka dni potem otrzymała list tej treści: „Droga siostro Szuro! Proszę,
nie smuć się z mego Zbawiciela. Cieszę się ogromnie, że już teraz nie
jako zbój i złodziej, lecz jako chrześcijanin dostąpiłem zaszczytu wzięcia
udziału w cierpieniach mego Zbawiciela. Cieszę się z tego niewymownie,
ponieważ w więzieniu mnóstwo dusz zatraconych oczekuje także zbawienia,
które mogę obwieścić im w Chrystusie. Nie smuć się, ale módl się za
mnie. Całuję Ciebie, męża i dzieci Wasze”.
Do rozprawy minął rok, a Paweł przebywał już w trzech więzieniach.
Wszędzie głosił Chrystusa i wszędzie grzesznicy się nawracali na drogę
zbawienia. Kapelani więzienni prosili władzę, aby uwolniły ich od
heretyka, z którym nie można było sobie poradzić. Sąd skazał
Tichomirowa na dwuletnie zesłanie do guberni jenisiejskiej za „zwodzenie
prawosławnych do sztundyzmu”. W istocie okazało się, że w samej Sosnówce
stu ludzi przestało chodzić do spowiedzi u popa i modlić się przed
ikonami.
I znowu Paweł przez więzienia etapowe był odesłany na tak dobrze
znaną mu Syberię. Zdołał zawiadomić Szurę i jej męża, jakim pociągiem
aresztanckim przejeżdżać będzie przez najbliższą stację. Przyszli,
ale mogli widzieć go tylko przez kraty więziennego wagonu. Szura żałośnie
płakała, patrząc na brata, ale on uśmiechał się do niej z radością,
dając do zrozumienia, iż chętnie cierpi za Chrystusa.
Minęły jeszcze dwa lata. Życie Tichomirowa na zesłaniu odbijało
wszędzie czysty i święty obraz życia Chrystusa, co było przyczyną
powodzenia jego świadectwa. Pisywał do Szury oraz do Sołowiewa, który
donosił mu, iż pozostał we wsi rodzinne, gdzie niewielka społeczność
chrześcijan ewangelicznych przyjęła go po bratersku, i pracuje w niej z
wielkim błogosławieństwem Bożym. Matka jego żyje nader szczęśliwa, iż
Bóg wysłuchał jej modłów i ocalił jej syna. W pokoju i radości przeżywa
ostatnie lata swoje pod opieką trzeźwego i uczciwego syna -= chrześcijanina.
Gdy minął termin zesłania, Paweł powrócił do Szury z zamiarem
poświęcenia życia ocaleniu dusz grzesznych. Nie chciał krępować się
więzami rodzinnymi, aby nic nie przeszkadzało mu w głoszeniu radosnej
nowiny Bożej wśród ludzi – tej samej Ewangelii, która jego i tylu ginących
już odrodziła. Pracował w zborze tego miasta, gdzie mieszkała Szura,
oraz w innych miejscowościach Syberii, ale stałe zamieszkanie miał u
siostry, co radowało jej małżonka. Szura często towarzyszyła bratu w
podróżach, jako pracowniczka dla Chrystusa. Zbór chrześcijański w ich
miasteczku kwitnął duchowo. A na pierwszej karcie Nowego Testamentu, którą
niegdyś zabrał zabitemu przez się bratu, Paweł Tichomirow położył i
swój napis, który głosił: „Przebacz mi dla Chrystusa, drogi bracie,
zabiłem ciebie, ponieważ sam martwy byłem w grzechach swoich. Pan mi
przebaczył i wskrzesił mnie do życia. A twoja przedwczesna śmierć
cielesna posłużyła do obdarzenia życiem wiecznym nie tylko mnie, ale i
wielu podobnych do mnie zbójców i grzeszników. Testament twój, jako
potok życiodajny, zmiękczył zatwardziałe serce, napoił mnie, łaknącego
i płynie dalej, pojąc dusze innych ludzi. Niechajże błogosławiony będzie
twój i mój Bóg. Amen”.
|
|
|
|